Ryzyko pogryzienia przez potworne posty, wystraszenia wrzeszczącymi wpisami i oberwania obscenicznym obuwiem.
niedziela, 31 lipca 2011
Kryminał
Czarne, mafijne chmury zebrały się nad moją do tej pory spokojną głową. Poczułam powiew grozy. Krew odpłynęła mi z twarzy. Życie spadło i potoczyło się pod stół. Zagrzmiało i lunął na mnie mafijny deszcz. Nie byłam zdolna do powiedzenia nawet jednego, prostego wyrazu. Zwykłe "tak" albo "nie" stanowiło największą elokwencję. Spociłam się, a głowa zaczęła mi ciążyć niczym kula u nogi. Zaczęłam wyobrażać sobie jak idę ciągnąc ją za plecami. Powiało przerażeniem i poczułam, że te ślipia nadal patrzą na mnie z wyższością. Wiedziały, że wygrały, że przytknęły mnie do muru i jeżeli nie przyjmę tej propozycji to mój filigranowy, misternie wyżłobiony świat runie w gruzach. Dotarło do mnie, że przegrałam tę bitwę i całą wojnę. To był szantaż. Okrutny, pozbawiony skrupułów szantaż uderzający w mój najsłabszy punkt, który mój przeciwnik znał aż za dobrze."WYGRAŁAŚ!" powiedziałam "Napiszę to, a ty zrób to dla mnie"
Uwielbiam Cię, babciu! Kocham Cię najbardziej na świecie i dziękuję za te pierogi, które dostałam w zamian za tą notkę!
piątek, 29 lipca 2011
Wracam do domu i do siebie.
I wróciłam z kolonii! Cała i prawie zdrowa. Dlaczego prawie? Nie, fizycznie nic mi się nie stało. Chociaż myślałam, że, tak jak zwykle, przynajmniej piętnaście razy odwiedzę szpital. Ucierpiała moja psychika, która leży pod stołem i kwiczy z wyczerpania. Kiedy słyszę jak ktoś woła "Aniaaaaa!", włącza mi się dżihad i mam ochotę zamknąć się w łazience, owinąć głowę papierem toaletowym, śpiewając "Pieski małe dwa chciały przejść przez rzeczkę". To chyba nie jest dobrze.
Ale nie był to wyjazd bezrozkminowy. Właśnie wreszcie odświeżyłam umysł i pojawił się mój nowy pomysł na życie... Jaki? Jeszcze napiszę. Rozumiecie, nie chcę mówić wcześniej, bo zapeszę.
Na dzisiaj tyle, gdyż mój mózg wygląda teraz jak ziemniaczane puree. Ale zostawię jeszcze
Ale nie był to wyjazd bezrozkminowy. Właśnie wreszcie odświeżyłam umysł i pojawił się mój nowy pomysł na życie... Jaki? Jeszcze napiszę. Rozumiecie, nie chcę mówić wcześniej, bo zapeszę.
Na dzisiaj tyle, gdyż mój mózg wygląda teraz jak ziemniaczane puree. Ale zostawię jeszcze
poniedziałek, 18 lipca 2011
Kapuściana głowa i spółka
Jak ja cierpię, jak ja strasznie cierpię, że w wakacje nie ma żadnych spektakli!
A tak bym sobie poszła na to, czy na tamto. Pooglądałabym sobie Panią Martę, pomyślałabym wreszcie trochę A co do myślenia to w mojej pustej łepetynce hula wakacyjny wiatr, kurz tylko neuronami pędza i zapycha instalacje.. Co z resztą widać po notkach. Przeczytałam sobie dzisiaj wczorajszy post. Istne.. okropności, że tak powiem :)
Nie ogarniam, po prostu, że jutro już jadę na kolonię. Szczególnie, że wszystkie rzeczy leżą porozrzucane na środku pokoju, w jedynej w swoim rodzaju, artystycznej kupie. Nawet nie próbuję tego ogarniać. Przynajmniej narazie. Mamo! Jeszcze tyle muszę zrobić, ogarnąć, przemyśleć przed tą kolonią, a został mi tylko niecały dzień. Odliczając czas na spanie (tak, dzisiaj wyjątkowo śpię; obiecałam sobie normalne osiem godzin) zostaje mi tylko... eh, nawet się nie dołuję.
Ah, właśnie, dzisiaj w ramach przygotowań przedkolonijnych dostałam zadanie - kupić czerwoną kapustę. Niby proste, ale jak jedzie się z taką kapustą do domu na rowerze, to już tak fajnie nie jest. Ale od początku. Kapustę kupiłam. Na moje późniejsze nieszczęście była tylko taka 3,5 kilogramowa. Wygląda prawie jak piłka lekarska. Dowlekłam ją jakoś do rowera i zaczęłam zastanawiać się jak ją dowieźć. Myślałam, dumałam i wymyśliłam, że kapustę znajdującą się w spokojnym stanie spoczynku omotam w jakąś reklamówkę, reklamówkę uczepię do tylnego bagażnika, przycisnę gumkami, a torbę, z którą się wówczas oprowadzałam przerzucę przez ramię i jakoś będzie. A raczej będzie jak będzie i nic innego nie wymyślę. Kapustę - giganta okutałam, torebkę narzuciłam i pojechałam wyglądając prawie tak ponętnie jak budziwojskie babcie popitalające na rowerkach przez zacne wsiowe drogi. Zapomniałam dodać, że uroku dodawały mi rozwalone, lateksowe rekawiczki w rozmiarze XS (na rączce roweru + nie pytajcie mnie skąd one się tam wzięły!) i słomiankowy kapelusz oczywiście. Jadę sobie, jadę, zaczęło bardzo mocno wiać i nagle jak mnie szarpnęło na prawo! Wylądowałam oczywiście na środku ulicy i ledwo co zdążyłam uciec przed przejeżdżającym TIR-em. Co się okazało? Kapusta zamiast siedzieć grzcenie na bagażniku skoczyła sobie prawie jak na bungee. Na prawą stronę roweru, oczywiście. Mój zacny wehikuł został na poboczu, a ja poleciałam szukać kapelusza. Co jak co, ale trudno znaleźć słomkowy kapelusz w zbożu. Znalazłam, wróciłam i zaczęło kropić. Pomyślałam, że w sumie jestem niedaleko domu i nawet nie zdąży mnie dobrze zmoczyć. Kiedy wróciłam do domu nie byłam mokra tyko to, co zasłoniło mi siodełko, a z pomiędzy włosów wydłubywałam sobie grudki gradu.
Jaki jest z tego wniosek? Kiedy zamierzasz kupić kapustę, weź ze sobą parasol!
A tak bym sobie poszła na to, czy na tamto. Pooglądałabym sobie Panią Martę, pomyślałabym wreszcie trochę A co do myślenia to w mojej pustej łepetynce hula wakacyjny wiatr, kurz tylko neuronami pędza i zapycha instalacje.. Co z resztą widać po notkach. Przeczytałam sobie dzisiaj wczorajszy post. Istne.. okropności, że tak powiem :)
Nie ogarniam, po prostu, że jutro już jadę na kolonię. Szczególnie, że wszystkie rzeczy leżą porozrzucane na środku pokoju, w jedynej w swoim rodzaju, artystycznej kupie. Nawet nie próbuję tego ogarniać. Przynajmniej narazie. Mamo! Jeszcze tyle muszę zrobić, ogarnąć, przemyśleć przed tą kolonią, a został mi tylko niecały dzień. Odliczając czas na spanie (tak, dzisiaj wyjątkowo śpię; obiecałam sobie normalne osiem godzin) zostaje mi tylko... eh, nawet się nie dołuję.
Ah, właśnie, dzisiaj w ramach przygotowań przedkolonijnych dostałam zadanie - kupić czerwoną kapustę. Niby proste, ale jak jedzie się z taką kapustą do domu na rowerze, to już tak fajnie nie jest. Ale od początku. Kapustę kupiłam. Na moje późniejsze nieszczęście była tylko taka 3,5 kilogramowa. Wygląda prawie jak piłka lekarska. Dowlekłam ją jakoś do rowera i zaczęłam zastanawiać się jak ją dowieźć. Myślałam, dumałam i wymyśliłam, że kapustę znajdującą się w spokojnym stanie spoczynku omotam w jakąś reklamówkę, reklamówkę uczepię do tylnego bagażnika, przycisnę gumkami, a torbę, z którą się wówczas oprowadzałam przerzucę przez ramię i jakoś będzie. A raczej będzie jak będzie i nic innego nie wymyślę. Kapustę - giganta okutałam, torebkę narzuciłam i pojechałam wyglądając prawie tak ponętnie jak budziwojskie babcie popitalające na rowerkach przez zacne wsiowe drogi. Zapomniałam dodać, że uroku dodawały mi rozwalone, lateksowe rekawiczki w rozmiarze XS (na rączce roweru + nie pytajcie mnie skąd one się tam wzięły!) i słomiankowy kapelusz oczywiście. Jadę sobie, jadę, zaczęło bardzo mocno wiać i nagle jak mnie szarpnęło na prawo! Wylądowałam oczywiście na środku ulicy i ledwo co zdążyłam uciec przed przejeżdżającym TIR-em. Co się okazało? Kapusta zamiast siedzieć grzcenie na bagażniku skoczyła sobie prawie jak na bungee. Na prawą stronę roweru, oczywiście. Mój zacny wehikuł został na poboczu, a ja poleciałam szukać kapelusza. Co jak co, ale trudno znaleźć słomkowy kapelusz w zbożu. Znalazłam, wróciłam i zaczęło kropić. Pomyślałam, że w sumie jestem niedaleko domu i nawet nie zdąży mnie dobrze zmoczyć. Kiedy wróciłam do domu nie byłam mokra tyko to, co zasłoniło mi siodełko, a z pomiędzy włosów wydłubywałam sobie grudki gradu.
Jaki jest z tego wniosek? Kiedy zamierzasz kupić kapustę, weź ze sobą parasol!
niedziela, 17 lipca 2011
Okropności
Ja na prawdę nie mam czasu! Okropnie, niemożliwie wręcz nie mam czasu! Spędzam go miło latając od jednej hurtowni do drugiej z nadzieją, że znajdę to, czego szukam mieszcząc się w podanej kwocie. Atakuję głównie apteki, więc jak spotkacie supermegarozstrzepanego, biegającego człowieka z grzywką do dupy (nie, że taką długą, w tym drugim znaczeniu :)) to macie pewność, że to ja. Aha, gotował ktoś ostatnio sok z buraków, bo akurat potrzebuję słoiczek? Ktoś się może zastanawia dlaczego nic nie napisałam przez ostatnie trzy dni (tu pozdrawiam Lucyannę, chyba jedynego człowieka czytającego to, co piszę). No, i teraz już wie. Po prostu - urządzam sobie maratonki po Rzeszowie. Przy okazji spalam więcej kilokalorii niż przy 16462918769 pompkach na jednej ręce. Ale jutro zwalniam odrobinkę, gdyż idę na Harr'ego Pottera!!! I cieszę się niezmiernie z moich małych wakacji w czasie trwania wakacji.
A muszę się nimi nacieszyć do wtorku. Dlaczego? Otóż jadę jako "osoba do pomocy" na kolonię zuchową. A to będzie hardkor, pisk i zgrzytanie zębów jak podejrzewam. W sumie fajnie, w sumie niefajnie. Ale z powodów znanych tylko mi i pewnie jakimś 10 dodatkowym osobom (taki stan rzeczy nazywa się w moim małym światku tajemnicą) chciałabym się z niej wymigać i uciec z paroma osobami i moim bezstelażowym plecakiem do Kenii, żyjąc z uprawy kukurydzy i rysowania różowych nosorożców na podręcznikach z biologii. W każdym razie, cholera, chciałabym nie jechać i w ogóle mieć zuchowy problem z głowy. Ale tak, niestety, pięknie nie jest.
Nawet mój komputer jest przeciwko mnie! To znaczy, trochę z mojej winy. Awanturował się, błagał, prosił o kabelek z bateryjką. W końcu stwierdził, że pierdzieli i zhibernował się. A jak przy tym przeraźliwie zapiszczał! Wręcz z furią! Gdyby mógł to pewnie strzeliłby mi kilka pożądnych liści.
Wracam więc do mojego smutnego, przepełnionego nadmuchanymi fallusami, życia. Pomaluję sobie paznokcie na czekoladowo, czerwono i złoto! I nikt już mi wtedy nie podskoczy!
A muszę się nimi nacieszyć do wtorku. Dlaczego? Otóż jadę jako "osoba do pomocy" na kolonię zuchową. A to będzie hardkor, pisk i zgrzytanie zębów jak podejrzewam. W sumie fajnie, w sumie niefajnie. Ale z powodów znanych tylko mi i pewnie jakimś 10 dodatkowym osobom (taki stan rzeczy nazywa się w moim małym światku tajemnicą) chciałabym się z niej wymigać i uciec z paroma osobami i moim bezstelażowym plecakiem do Kenii, żyjąc z uprawy kukurydzy i rysowania różowych nosorożców na podręcznikach z biologii. W każdym razie, cholera, chciałabym nie jechać i w ogóle mieć zuchowy problem z głowy. Ale tak, niestety, pięknie nie jest.
Nawet mój komputer jest przeciwko mnie! To znaczy, trochę z mojej winy. Awanturował się, błagał, prosił o kabelek z bateryjką. W końcu stwierdził, że pierdzieli i zhibernował się. A jak przy tym przeraźliwie zapiszczał! Wręcz z furią! Gdyby mógł to pewnie strzeliłby mi kilka pożądnych liści.
Wracam więc do mojego smutnego, przepełnionego nadmuchanymi fallusami, życia. Pomaluję sobie paznokcie na czekoladowo, czerwono i złoto! I nikt już mi wtedy nie podskoczy!
A! Zapomniałabym! Załączam jeszcze
czwartek, 14 lipca 2011
O bajkach
A teraz pomęczcie się z moimi wprawkami dziennikarskimi (a co!)
O bajkach i bajeczkach
Justin Bieber, Rihanna, Grunson.. to tylko kilka imion z listy najpopularniejszych idoli dzisiejszej sceny rozrywkowej. Nieznanie ich jest po prostu niedopuszczalne, spycha nas na same niziny społeczeństwa. Tak samo jest z bohaterami kreskówek i filmów, na przykład sławną ostatnio Hanną Montaną, śpiewającą nastoletnią gwiazdą graną prze Miley Cyrus. Dzieci (z resztą młodzież też) z zapartym tchem oglądają jej filmy, wpadają w zabawkowy zakupoholizm i śledzą życiorys aktorki, oczywiście, który, jak się okazuje, nie jest zbyt ciekawy. Skłania to do refleksji, czy ci bohaterowie, których promuje telewizja pozytywnie wpływają na naszą latorośl i którzy z nich zasługują na uwagę?
Osobiście uważam, że jednym z najbardziej wartościowych bohaterów bajek dla dzieci jest, uwielbiany przez chłopców, Superman. Jako dziecko został wysłany ze swojej rodzimej planety - Kryptonu na Ziemię, gdzie po kilkunastu latach zaczyna walkę z przestępcami. Ma wyjątkowo łagodny charakter, jak na superbohatera. Nie można nie wspomnieć o jego miłości - Lois Lane... Ale nie można skupiać się tylko na filmach, przecież tak wiele mówi się ostatnio o kulturze czytania! Grunt w tym, żeby czytać coś konkretnego, co zbuduje w dzieciach dobry system wartości. Dlatego na wolne popołudnia (i nie tylko popołudnia) polecam dwie książki - dla dziewczynek "Ania z Zielonego Wzgórza" Lucy M. Mongomery, a dla chłopców - "Adrian Mole" Sue Townset. O pierwszej książce nie trzeba nic mówić - toż to nasza kochana, znajoma Ania! Królowa marzeń, piegowata, ruda dziewczynka z jej wszystkimi przygodami i smutkami, a nawet wątkiem miłosnym w tle. O Adrianie powiem tylko tyle, że pomoże czytelnikom płci męskiej zrozumieć ich problemy i pokaże konsekwencje pewnych czynów (ucieczka z domu, na przykład), a także rozbawi do łez.
Oprócz wskazanych przeze mnie tytułów warto szukać innych ponadczasowych, nieidealnych ideałów literatury dla dzieci i młodzieży. W końcu każdemu pasuje co innego; jak mówi sławne przysłowie "Są gusta i guściki". Kto wie? Może gdzieś na babcinym strychu czeka na Ciebie i Twoje dziecko jakaś książka, która zmieni Wasze życie?
O bajkach i bajeczkach
Justin Bieber, Rihanna, Grunson.. to tylko kilka imion z listy najpopularniejszych idoli dzisiejszej sceny rozrywkowej. Nieznanie ich jest po prostu niedopuszczalne, spycha nas na same niziny społeczeństwa. Tak samo jest z bohaterami kreskówek i filmów, na przykład sławną ostatnio Hanną Montaną, śpiewającą nastoletnią gwiazdą graną prze Miley Cyrus. Dzieci (z resztą młodzież też) z zapartym tchem oglądają jej filmy, wpadają w zabawkowy zakupoholizm i śledzą życiorys aktorki, oczywiście, który, jak się okazuje, nie jest zbyt ciekawy. Skłania to do refleksji, czy ci bohaterowie, których promuje telewizja pozytywnie wpływają na naszą latorośl i którzy z nich zasługują na uwagę?
Osobiście uważam, że jednym z najbardziej wartościowych bohaterów bajek dla dzieci jest, uwielbiany przez chłopców, Superman. Jako dziecko został wysłany ze swojej rodzimej planety - Kryptonu na Ziemię, gdzie po kilkunastu latach zaczyna walkę z przestępcami. Ma wyjątkowo łagodny charakter, jak na superbohatera. Nie można nie wspomnieć o jego miłości - Lois Lane... Ale nie można skupiać się tylko na filmach, przecież tak wiele mówi się ostatnio o kulturze czytania! Grunt w tym, żeby czytać coś konkretnego, co zbuduje w dzieciach dobry system wartości. Dlatego na wolne popołudnia (i nie tylko popołudnia) polecam dwie książki - dla dziewczynek "Ania z Zielonego Wzgórza" Lucy M. Mongomery, a dla chłopców - "Adrian Mole" Sue Townset. O pierwszej książce nie trzeba nic mówić - toż to nasza kochana, znajoma Ania! Królowa marzeń, piegowata, ruda dziewczynka z jej wszystkimi przygodami i smutkami, a nawet wątkiem miłosnym w tle. O Adrianie powiem tylko tyle, że pomoże czytelnikom płci męskiej zrozumieć ich problemy i pokaże konsekwencje pewnych czynów (ucieczka z domu, na przykład), a także rozbawi do łez.
Oprócz wskazanych przeze mnie tytułów warto szukać innych ponadczasowych, nieidealnych ideałów literatury dla dzieci i młodzieży. W końcu każdemu pasuje co innego; jak mówi sławne przysłowie "Są gusta i guściki". Kto wie? Może gdzieś na babcinym strychu czeka na Ciebie i Twoje dziecko jakaś książka, która zmieni Wasze życie?
środa, 13 lipca 2011
Okres beztwórczy
Kurczę, no nie mam co robić dzisiaj! No dobra, poza małą wycieczką do "cezalu" o 14.....
z tej rozpaczy i braku weny twórczej od siebie ofiaruję tylko
wtorek, 12 lipca 2011
Odchamianie
'Jeśli sądzisz, że w dobie komputerów sztuka czytania zanikła, zwłaszcza wśród dzieci, to niezawodny znak, że jesteś MUGOLEM!'
Co, jak co, ale ja najbardziej lubię odchamiać się książkowo. Nawet w wakacje. Albo szczególnie w wakacje, bo mam na to najwięcej czasu. A, że odchamianie to proces niezwykle długi i skomplikowany, to książki pochłaniam w gigantycznych ilościach, bo to przecież dobre dla mojego zdrowia psychicznego! :)
Moją pierwszą, coroczną, wakacyjną pozycją jest.. może się zdziwicie, może nie, ale jest to "Ono" Doroty Terakowskiej (mojej ulubionej pisarki, której styl UWIELBIAM). Książka nie tyle mądra, co prawdziwa. Dumam nad nią już, o mamo!, czwarty rok. Tak, przeczytałam ją po raz pierwszy w wieku 10 lat. Ludzie się dziwili, że ja coś z tego w ogóle rozumiem, a ja po prostu od zawsze mam starszą głowę od ciała i ciągnęło mnie do rzeczy poważniejszych. O czym ta książka jest? Długo by opowiadać. Jej główny wątek stanowi historia pochodzącej z biednej rodziny, 19 letniej Ewy. Na dyskotece dziewczynę zgwałcono. Potem w jej życiu pojawia się Ono i przewraca jej świat do góry nogami. Ewa chce by Ono poznało nie wyidealizowany świat, ale ten realny, z wszystkimi jego ułomnościami. W międzyczasie stara się odkryć skąd Ono pochodzi...
Druga książka to, oczywiście, "Mały Książę" Antoine De Saint-Exupery'ego. Opowiadać o nim nie będę - to przecież lektura. Właśnie, lektura.. Zazwyczaj, kiedy coś musimy, nie robimy tego z przyjemnością, czy jakąkolwiek motywacją. Dlatego pałam niechęcią do lektur wszelakich. Chyba, że czytałam to wcześniej sama i bezproblemowo dobrnęłam do końca. Z "Małym Księciem" było odwrotnie. Emocje i przemyślenia, jakie wzbudziła we mnie ta książka są wręcz nieprawdopodone. Dopadła mnie wena twórcza przekraczająca wszelakie granice rozumowania! Wręcz tryskałam fantazją i energią twórczą. I w takim stanie jestem do dziś. Uwielbiam odcinać się od świata, czytając tą książkę! Polecam ją też Wam i nie zrażajcie się do niej z powodu złej reputacji szkolnej :)
Trzecia pozycja - "Mistrz i Małgorzata" Michaiła Bułhakowa. Książka magiczna, diabelnie, piekielnie dobrze napisana. Pełna różnych i mroczniejszych, i jaśniejszych sekrecików i metafor, które z pierwszego rzutu okiem wydają się być normalnym, to znaczy - jak na taką książkę, tekstem. Nie jadłam, nie piłam nie spałam dopóki jej nie przeczytałam, taka jest wciągająca! Szczególnie polecam wersję z zaznaczoną ingerencją cenzury sowieckiej.
A co do poprzedniego posta - zaczynam ograniczać Coca Colę i coraz ciężej mi się z tego powodu żyje..
poniedziałek, 11 lipca 2011
Charakterologiczne pierdoły
Tak, więc, popieram ludzi z mocnym charakterem! Podziwiam ich i wielbię, ale czasami pewna granica zostaje cholernie przekroczona!
Tak, to jeden z tych postów, na których będę się nad sobą rozczulać, będę się na siebie wkurzać, warczeć, piszczeć, szczekać, płakać, kwakać, wić, pełzać, wulgaryzować, metaforyzować, mówić wprost i bez ogródek, walczyć zaciekle i cicho o swoje...
Od początku. Zawsze miałam silny charakter. I nie tam jakiś tylko silny. Przyciągałam ludzi jak magnes. A ci już przyciągnięci albo zajmowali wygodne miejsca w loży dla przyjaciół albo zaparcie ze mną walczyli. Oczywiście, zdarzali się też ludzie - kameleony. Rozumiecie, tacy przechodni, "zależało jak powiało". I moją najgorszą cechą było włąśnie przywiązywanie się do tych ohydnych, obślizgłych płazów. W swoim śluzowatym charakterze każdy miał coś chropowatego - pumeks na moją osobowość, a im ktoś go miał więcej, tym bardziej go ceniłam. Masochistka, ot co.
I z takim właśnie wypolerowanym charakterkiem wchodzę w dorosłość, nie ma co! Daję sobą pomiatać. Oj tam, daję! Ja nawet tego nie zauważam! Przemyka mi to gdzieś niezauważenie koło mojej świadomości. Trudno jest się potem ocknąć, a jak już do tego dojdzie to, cholera, boli.
I mnie teraz właśnie boli.
Tak, to jeden z tych postów, na których będę się nad sobą rozczulać, będę się na siebie wkurzać, warczeć, piszczeć, szczekać, płakać, kwakać, wić, pełzać, wulgaryzować, metaforyzować, mówić wprost i bez ogródek, walczyć zaciekle i cicho o swoje...
Od początku. Zawsze miałam silny charakter. I nie tam jakiś tylko silny. Przyciągałam ludzi jak magnes. A ci już przyciągnięci albo zajmowali wygodne miejsca w loży dla przyjaciół albo zaparcie ze mną walczyli. Oczywiście, zdarzali się też ludzie - kameleony. Rozumiecie, tacy przechodni, "zależało jak powiało". I moją najgorszą cechą było włąśnie przywiązywanie się do tych ohydnych, obślizgłych płazów. W swoim śluzowatym charakterze każdy miał coś chropowatego - pumeks na moją osobowość, a im ktoś go miał więcej, tym bardziej go ceniłam. Masochistka, ot co.
I z takim właśnie wypolerowanym charakterkiem wchodzę w dorosłość, nie ma co! Daję sobą pomiatać. Oj tam, daję! Ja nawet tego nie zauważam! Przemyka mi to gdzieś niezauważenie koło mojej świadomości. Trudno jest się potem ocknąć, a jak już do tego dojdzie to, cholera, boli.
I mnie teraz właśnie boli.
sobota, 9 lipca 2011
Coś o uzależnieniach
Uzależnienie – nabyta silna potrzeba wykonywania jakiejś czynności lub zażywania jakiejś substancji. W praktyce określenie to ma kilka znaczeń.
W języku potocznym termin "uzależnienie" jest stosowany głównie do osób, które nadużywają narkotyków (narkomania), leków (lekomania), alkoholu (alkoholizm), czy papierosów. W szerszym kontekście może odnosić się do wielu innych zachowań, np. gier hazardowych, oglądania telewizji, internetu, czy seksu. (Ciocia Wikipedia)
Tak właśnie myślałam do dzisiejszego przedpołudnia. Tak, 14 lat tkwiłam w tej błogiej nieświadomości. Tak sobie głupia właśnie myślałam... I co? I pstro! Przekonałam się, że nie ma tak prosto.
Co się stało? Otóż, wstałam sobie, jak zwykle. Znaczy się, godzinie dziewiątej, zero, pięć, jak na gimnazjalistę na wakacjach przystało. Oczywiście, obudziła mnie siostra, przeraźliwie drząc pyszczek. Niby czterolatek, a głośniejsza niż dwa bataliony metali w pogo. Rozespana siadam przy śniadaniowym latte, po którym zazwyczaj biegam po domu niczym korek od sylwestrowego szampana, jednym, a raczej pięcioma słowami jak z motorkiem w tyłku. Mama zazwyczaj doczepia mi wtedy odkurzacza i mopa, tak, żeby przynajmniej trochę wykorzystać mój zapał do biegania. Tak więc czekam cierpliwie, czując, jak resztki snu przysłaniają mi oczy, senne rolety zasuwają się powoli, a mój mózg przechodzi na stand by'a... Zaraz, zaraz. To powinno być w drugą stronę! Ale nie mam jak się oprzeć tej kuszącej wizji chlapnięcia sobie komarka na stole. Z resztą, co to komu przeszkadza... Zostałam obudzona po raz drugi w tym dniu, o godzinie dziesiątej, dwadzieścia cztery (godzinę znam, bo leżałam twarzą w kierunku zegarka na piekarniku). Moja uhahana rodzinka stała w komplecie patrząc, jak przelewam się z nogi na nogę, próbując wstać. I wtedy uświadomiłam sobie powagę sytuacji - nie trzepnęło mnie, kurde bele, po 1,5 łyżeczki kawy rozpuszczalnej! I to nie tylko nie trzepnęło, ale jeszcze najnormalniej w świecie uśpiło gdzieś między dżemem, a majonezem. Stwierdziłam, że tak dalej być nie może i zaczęłam docierać do sedna sprawy... Czy piłam kawę przez ostatnie dwa tygodnie? Piłam, ale tyle co kot napłakał, więc o uzależnieniu mowy nie ma, tak samo, jak i o jakimkolwiek trzepnięciu energetycznym. Przecież niedobra była, tam w tym hotelu w Turcji. No właśnie! Turcja! Czy spożywałam tam jakieś kopiące specyfiki? W sumie.. to tak. Coca - Colę. I to w ilościach dwa wiadra dziennie! Niczym Sherlock Holmes dotarłam do rozwiązania zagadki! Mimo, że mój anemiczny umysł nadawał się tylko i wyłącznie do słuchania "Friday" Rebecci Black. Ale, wiadomo, wszystko trzeba sprawdzić, więc przeczołgałam się do stolika i chamsko, z gwinta, na leżąco, pociągnęłam gigantyczny łyk Coli. I... świat stał się piękniejszy! Zaczęłam dostrzegać więcej kolorów, klapka blokująca mi musk opadła!
Teraz muszę wymyślić jak się z tego wyplątać. Mniejsze dawki co dzień? Napiszę jak mi idzie :)
Baj :)
Hejcześć :)
Zapraszam, zasiądźcie proszę na wolnych miejscach i zapnijcie pasy.. :)
Cóż, zawsze trudno mi zaczynać i teraz też najzwyczajniej w świecie nie wiem (na prawdę nie mam pojęcia!) co tu napisać.. Ale z doświadczenia wiem, że czasami wystarczy jedno małe słowo na rozgrzewkę, a potem już jakoś idzie. Może więc zacznę od zwykłego "hejcześć" :). O! Zapomniałam się przedstawić! :) Nazywam się Ania, mam 14 lat i aktualnie błogo wypoczywam przed 3 klasą gimnazjum. Blogowe doświadczenie, nie powiem, posiadłam, gdyż już od 4 klasy podstawówki produkuję gigantyczne ilości tekstów wszelakich na blogach o zadziwiająco różnej tematyce, które po 2 - 3 wpisach porzucałam, by po miesiącu założyć coś nowego. Taka moja natura leniwego plażowicza... Po prostu zero motywacji do internetowego recyklingu! Albo przynajmniej regularnego klepania w klawiaturę. No cóż, tak jest i tego nie zmienię. Nawet nie wiem za bardzo jak po sobie posprzątać, bo po prostu nie pamiętam tych wszystkich stron, haseł i adresów. Ktoś mógłby zauważyć, że przecież znowu zakładam nowy blog. Przyczyniam się do powstawania wielkiego internetowego wysypiska śmieci, w którym litery gniją pozostawione teoretycznie i praktycznie bez żadnej nadziei na przywrócenie do wirtualnego życia. I gniją, gniją, utleniają się ciemne smugi pikseli na ekranie. I ciemna porośnięta gęsto grzybem wirtualna papka wnika w nasze komputery i głowy, zmieniając nas powoli w chodzące maszyny bez serca krzyczące w ciemności umysłu: "Fejsbóg, FEEEJSBÓGG!!". Taka to straszna zemsta moich (i pewnie też waszych) niedoszłych, regularnie prowadzonych, pięknych blogów się dokonuje. I dlatego właśnie uznałam, że świat trzeba ratować przed mackami internetowego, oblepionego słitaśnymi komentarzami kompostu. Po to właśnie jest ten blog, na którym serdecznie Was wszystkich WITAM :)
Cóż, zawsze trudno mi zaczynać i teraz też najzwyczajniej w świecie nie wiem (na prawdę nie mam pojęcia!) co tu napisać.. Ale z doświadczenia wiem, że czasami wystarczy jedno małe słowo na rozgrzewkę, a potem już jakoś idzie. Może więc zacznę od zwykłego "hejcześć" :). O! Zapomniałam się przedstawić! :) Nazywam się Ania, mam 14 lat i aktualnie błogo wypoczywam przed 3 klasą gimnazjum. Blogowe doświadczenie, nie powiem, posiadłam, gdyż już od 4 klasy podstawówki produkuję gigantyczne ilości tekstów wszelakich na blogach o zadziwiająco różnej tematyce, które po 2 - 3 wpisach porzucałam, by po miesiącu założyć coś nowego. Taka moja natura leniwego plażowicza... Po prostu zero motywacji do internetowego recyklingu! Albo przynajmniej regularnego klepania w klawiaturę. No cóż, tak jest i tego nie zmienię. Nawet nie wiem za bardzo jak po sobie posprzątać, bo po prostu nie pamiętam tych wszystkich stron, haseł i adresów. Ktoś mógłby zauważyć, że przecież znowu zakładam nowy blog. Przyczyniam się do powstawania wielkiego internetowego wysypiska śmieci, w którym litery gniją pozostawione teoretycznie i praktycznie bez żadnej nadziei na przywrócenie do wirtualnego życia. I gniją, gniją, utleniają się ciemne smugi pikseli na ekranie. I ciemna porośnięta gęsto grzybem wirtualna papka wnika w nasze komputery i głowy, zmieniając nas powoli w chodzące maszyny bez serca krzyczące w ciemności umysłu: "Fejsbóg, FEEEJSBÓGG!!". Taka to straszna zemsta moich (i pewnie też waszych) niedoszłych, regularnie prowadzonych, pięknych blogów się dokonuje. I dlatego właśnie uznałam, że świat trzeba ratować przed mackami internetowego, oblepionego słitaśnymi komentarzami kompostu. Po to właśnie jest ten blog, na którym serdecznie Was wszystkich WITAM :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)