środa, 30 listopada 2011

Osama Bin Dziecko

Ty posprzątasz klocki, a ja dam ci lody.
Ty uwolnisz zakładników, a ja dam ci 5 milionów.
Jeśli nie zjesz obiadu, nie przyjdzie do ciebie mikołaj.
Jeśli nie przyjdzie Pan do pracy, nie dostanie Pan wypłaty.

Najmłodsze lata życia dzieci zmieniają się często w istne szkolenia dżihadu. Szantaż to podstawowa broń wszystkich rodziców, wykorzystywana przy każdej nadarzającej się okazji. Jest, owszem, skuteczna, ale działa jak broń obusieczna - może też bardzo zaszkodzić. Rodzice zazwyczaj wiedzą o niewychowawczym aspekcie takiego działania, ale nie traktują tego poważnie. Tak jakby w ogóle psychologia jako nauka nie miała miejsca w ich światopoglądzie. Dlatego właśnie nasuwa mi się jedno z moich ulubionych, prostych, publicystycznych pytań - Dlaczego?
Dzieci mówią dużo. Niekoniecznie mądrze - liczy się ilość. A co najzabawniejsze, mimo młodego wieku mają już wyrobiony pogląd na rzeczywistość i są w stanie bronić go do upadłego. Do tej pory w mojej rodzinie krążą legendy o mojej dziecięcej upartości. Raz podobno pokłóciłam się z rodzicami o to, że 'sitko' to wyraz błędny. Uważałam bowiem, że poprawna wersja brzmi 'KOsitko'. Nikt nie był w stanie wytłumaczyć mi, że nie mam racji, a w końcu doszło do tego, że 4 letnia Ania obraziła się na cały świat i nie odzywała się do nikogo przez dwa dni. Jak widać, już wtedy cholerstwo we mnie objawiało się przeraźliwe, ale osiągnęłam swój cel i starszyzna dla świętego spokoju dała za wygraną.
Nachodzi mnie właśnie taka refleksja - rodzimy się uparci i asertywni, a potem powoli ta krnąbrność jest piłowana przez to kogo spotykamy i jak jesteśmy traktowani.
Z biegiem lat święty spokój to jedyna rzecz, której pragniemy. Przecież nie powiesz swojemu szefowi, że nie możesz zostać dłużej w pracy, bo "nie". Najbardziej objawia się to u małomównych kobiet, które kiedy zostają matkami tracą zupełnie jakąkolwiek wolę walki, bo nie mogą tak jak trajkoczące kobiety zagadać dziecko w zupełności odbierając mu zupełnie mózg i pozostawiając na tym miejscu automat do sprzątania. Dlatego uciekają się do szantażu - metody może i złej, ale skutecznej.
mjuzik

poniedziałek, 28 listopada 2011

ZŁO SŁO KŁO.

Doświadczyłam ostatnio niezwykle emocjonującego zdarzenia, które uświadomiło mi poziom mojego zepsucia.
Mam kolegę, z którym znam się właściwie od pieluch. W wieku 4 lat wiązałam z nim nawet moje przyszłe plany matrymonialne, ale zrezygnowałam w końcu z tego pomysłu. On zawsze był spokojny, opanowany i nigdy nikomu nic złego nie powiedział. Ja byłam bardzo podobna, ale potem urosły mi cycki i zaczęłam mu dogryzać. Tak po przyjacielsku, ale jednak.
Przedwczoraj podczas rozmowy naszła mnie pewna osobliwa, niedająca się odwieść myśl:
-Wiesz.. tak się zastanawiam, czy ty kiedykolwiek pomyślałeś sobie o mnie "głupia ciota"?
W tym momencie adresat wyrzucił ręce do góry, zaśmiał się przeraźliwie i wykrzyczał:
-"NAWET NIE WIESZ ILE RAZY!!"
Poczułam się uczczona i śmiech dziki mnie ogarnął. I tak w tym stanie trwam do dzisiaj :).

MJUZIK.

niedziela, 27 listopada 2011

Wpis pięćdziesiąty.

Stare czasy minęły bezpowrotnie, zostawiając nam stres i bezmyślne dążenie do zawodowych sukcesów. Dzisiaj tresura zaczyna się już w przedszkolu. Większość rodziców - przyjaciół mojej rodziny wysyła dzieci do profilowanych przedszkoli, a w wieku 4 lat zapisuje na 2 języki, zajęcia taneczne, wokalne, muzyczne... Rzeczywiście, po co delektować się słodkim dzieciństwem, siniakami, domkami na drzewie i bujaniem w obłokach, jeśli można zrobić coś w stronę przyszłej kariery zawodowej? Najlepiej już w wieku lat trzech uczyć dzieci biologii. Ułatwi im to precież obranie zawodu lekarza, którym muszą zostać bezwzględnie...
Jestem prawdziwie wdzięczna moim rodzicom, że nie wychowywali mnie na małego cyborga. To znaczy.. sama w pewnym czasie zaczęłam interesować się wieloma rzeczami na raz, ale to był mój wybór i niczego nie robiłam pod ich presją. No i tak zostało do dziś. Niestety, natłok zajęć jest równoznaczny z ogromną ilością obowiązków, a co za tym idzie - problemów, z którymi nie każdy umie sobie radzić. Ja mam jeden, moim zdaniem niezawodny, sposób. Na kartce piszemy "DOBRZE". Pod spodem, w kolumnie, umieszczamy wszystko to, co aktualnie jest do zniesienia. Obok robimy rubrykę "ŹLE", w której umieszczamy wszystkie problemy, z którymi się borykamy. I na końcu - "SALDO", czyli rozwiązanie opisanych kłopotów lub komentarz do nich. W wolnym miejscu piszemy "WNIOSEK", który powinien wyjść w miarę pozytywnie. Oto przykład takiej tabelki, którą uczyniłam dzisiaj pod wpływem złych emocji emanujących z domowej spiżarki, w której jak raz zabrakło czekolady. Kolory miały sprawić, że będzie pozytywna. No.. nie wyszło.


Wpis pięćdziesiąty! Nie sądziłam, że wytrwam. A jednak! Uszy moje słyszą anielskie pienia radości i czuję się tak, jak piętnaście brudnych prosiaczków w deszczu.

sobota, 26 listopada 2011

Sropad

Nie lubię dżemu. Ale w chwilach życiowej rozterki wiśniowy sprawdza się wyśmienicie. Tak samo "Wehikuł czasu" w kilkuletnich słuchawkach z "Bravo Girl". Albo z "13". Chyba potrzebuję takiej gazety i artykułów o goleniu pach. Mielonka intelektualna w sam raz na listopad. Straszny miesiąc, który na każdym kroku czeka, żeby podłożyć Ci swoją liściastą nogę po to, byś wpadł twarzą w oślizgłe objęcia pełzających wszędzie robali. Witamina D sama wieje z Twojego organizmu wyparta przez hordy biegających problemów i dołków wszelakich. Zrypane oceny, relacje międzyludzkie, ocena w wszechświecie, małe cycki, gruba dupa, motywacja kwiczy pod stołem i gryzie w stopy każdego, kto zechce przy nim usiąść. Ludzie chodzą smutni, ja chodzę smutna jak debil. Nie wiadomo dlaczego. No bo czym tu się martwić? No chyba nie tym, że za oknem mam istny picassowski obraz złożony tylko z barw monochromiczych! Tak, po prostu w dupie mi się poprzewracało.
October Song

piątek, 25 listopada 2011

masakroza

Cóż, mój blog staje się tak głęboki jak woda w pustej szklance.
Dlatego pozdrawiam wszystkich masochistów czytających moje grafomańskie wypociny.
Zapewniam, że nie będziecie musieli się długo męczyć.
W końcu dostrzegłam, że jestem wyjątkowym pisarskim beztalenciem, a nie tylko "wypociniarzem".


znowu nastrojowa muzyka

czwartek, 24 listopada 2011

Highway to Hell!

Mówiłam coś o powrocie do normalności? hahahaha :)

NEVER.

Jestem złem. Strasznym. Widać mi w oczach iskry płomienia piekielnego, z dupy wyrasta ogon, a na głowie powoli pojawiają się dwa różowe fallusy.
To dlatego, że posłuchałam Natana. Mama mnie prosiła, ostrzegała, błagała.. Trzeba było jej posłuchać! Nie miziałabym się teraz z Panią Pedagog i resztą. Ale cóż, skoro już kroczę tą pełną zła drogą to...
Mówi się pokajać i idzie się dalej!
A teraz ogłaszam wszem i wobec, że takimi foremkami bawić się NJEBEDE.


+ Dostałam +3 z matematyki za policzenie, że 3 razy 2 to 8. Moja głupota mnie przerasta!

wtorek, 22 listopada 2011

Takie tam takie tu

Wreszcie. Wreszcie wszystko jest na swoim miejscu!
Książki do biologii są tak samo nudne jak wcześniej, bilety MPK drogie jak pół kilo krakowskiej, kostka Rubika znowu stała się po prostu kostką, w głowie mam szalejący sarkazm, wypracowania na języku a-jakże-polskim znów nie kleją się kupy, Rafaello wala się po pokoju, w którym śmierdzi stęchlizną (przecież mieszkam pod mostem), tak samo strasznie nie chce mi się otwierać: okna, bo zimno, i książek, bo rzygam, tak samo nie chce mi się nigdzie iść/jechać, a ganiam wszędzie jak popieprzona, książki z przekonującymi opisami morderstw mają nową warstwę rzygów na sobie, jak zwykle ZNOWU mi się udaje mimo, że NIE powinno, pieniądze wypadają same z portfela i to całymi hordami, na kwejku nie ma nic odkrywczego, ja nie mam do zaoferowania niczego odkrywczego, a całymi dniami latam po szkole przebrana za pomarańczowego supermena. Jedyne wcięc co  tu zostawię to

nastrojowy mjuzik

poniedziałek, 21 listopada 2011

znowu nic.

Chciałam napisać coś oryginalnego, moje rozkminki teologiczne, ale już mnie


uprzedził

sobota, 19 listopada 2011

O dzisiejszym teatralnym "iwencie" :)

Od razu, na początku, przepraszam ludzi, którzy przyszli na 12, a spektaklu już nie było. Tak to niestety czasami jest, że zmiany w "rozkładzie jazdy" są bardziej strzeżoną tajemnicą niż święty Graal. A organizacja wszystkiego była na poziomie masakrycznym.

Ale śmiesznie było. Dlaczego?
1. Graliśmy zupełnie bez próby i ćwiczeń paszczowych.
2. Scena była wielkości większej chusteczki higienicznej
i po kilku minutach przestałam odczuwać pchnięcia łokciami.
3. Przysypiałam z powodu szkolnej Nocy Muzycznej,
którą odbywałam do godziny 8.
4. Rozwaliły mi się gacie. Zaraz przed występem.
I w końcu,
5. publiczność powyżej lat pięciu nie zwracała na nas
najmniejszej uwagi i konwersowała sobie w najlepsze.

Ach, jak ja uwielbiam hardkorowe przedsięwzięcia!

piątek, 18 listopada 2011

trolololo

Wdepnijcie jutro na 12 do 2 LO na spektakl "O żeglarzach Dżamblach", bo.. fajny jest :)

środa, 16 listopada 2011

"Każdy absurd ma także swoja logikę. "

Dobry absurd nie jest zły.
Do tego zabijającego prostotą wniosku doszłam dzisiaj nad ranem, gdy półprzysypiając, przemierzałam świat obskurnym busem. I od tamtego momentu myśl ta krąży mi gdzieś między zwojami mózgowymi. Już od bardzo dawna lubuję się w absurdzie i stanowi on dla mnie swoistego rodzaju rozrywkę. Zaryzykuję nawet stwierdzeniem, iż jest niezbędny do normalnego funkcjonowania człowieka. Porusza bowiem jego szare komórki i zmusza je do myślenia, a "narząd nieużywany ulega zanikowi", jak zwykła mawiać pewna bardzo mądra nauczycielka. Należałoby jednak zacząć od tego...
...czym absurd w ogóle jest.
Tą kwestię rozpatrywać można na dwóch płaszczyznach. Pierwsza to aspekt logiczny. Tu z pomocą przychodzi Ciocia Wikipedia, która mówi, że "Przekonanie absurdalne to każde przekonanie, które w sposób oczywisty nie jest możliwe do utrzymania". Natomiast w podejściu filozoficznym absurdalność jest fundamentem człowieczeństwa, gdyż zaliczają się do niego wszystkie specyficzne stany mentalne, takie jak trwoga czy poczucie bezcelowości.
Pośmiejmy się!
Ostatnio coraz większą sławę (zaraz obok sucharów) zyskują absurdalne dowcipy. Odznaczają się one wyjątkowo niskim poziomem komediowym, co czyni je tak głupimi, że aż śmiesznymi. Jeden czy dwa pozwolę sobie nawet przytoczyć :)
Wchodzi blondynka do windy, a tam  schody.
Wchodzi garbaty do autobusu. Potknął się, przewrócił, pobujał, pobujał i zasnął.
Gdyby kózka nie skakała, to by ślimak pokaż rogi.

I z tym optymistycznym akcentem pod klawiaturą życzę wszystkim czytającym absurdalnie miłego dnia i nocy.


Zaczynam wygrzebywać się powoli z mojego głębokiego, dwudniowego dołka. Amen.

fail

Polityka wdziera się w najmniej spodziewane zakątki naszego życia. Właściwie, jest wszędzie, gdzie są ludzie. I socjalizacja to nic innego, jak nauka ślizgania się pomiędzy nimi przy użyciu wszystkich możliwych środków. Kłamstw. Kłótni. Dyplomacji. Zatajania.
Ogarnęłam to już dawno, ale dzisiaj poznałam wszystko od kuchni, w praktyce, jako kozioł ofiarny.
Dlatego potrzebuję kogoś, kto uspokoi mój układ współczulny i po prostu mnie PRZYTULI.
uściski wirtualne też się liczą

A w autobusie...

wtorek, 15 listopada 2011

Filozoficzna papka

Ktoś mądry kiedyś powiedział, że na początku nasz umysł jest nieumeblowanym pokojem, który wypełniamy poznanymi doznaniami zmysłów. Ktoś jeszcze mądrzejszy wykazał, że charakter człowieka zmienia się diametralnie co 7 lat.
Ja zaś twierdzę, że to nie zmiana charakteru, tylko sposobu postrzegania świata - przemeblowanie pokoju już istniejącego. Zmiana pozycji, celów, określeń.


Dzisiaj nastąpiła we mnie jedna z wielu takich zmian. Otóż odkryłam, że
ZIMNO to nie tylko niedobór ciepła.
To nie rękawiczki i ciepły sweter.
Przekonałam się, że ZIMNO to brak grosza i towarzystwa przy duszy.
To listopadowy mrok, który zapada o 16.00 na przystanku na Targowej.
To czekanie na autobus, który pozwoli mi wrócić do domu i, co ważniejsze, do siebie.
To cienkie rajstopy przepuszczające wiernie każdy podmuch.
To świadomość, że nikt o tobie nie myśli, mimo, że ty myślisz o innych.
To po prostu jesienno - zimowa depresja nie mająca nic wspólnego z fizycznym odczuwaniem świata.




Spoko, jutro do domu odwozi mnie rzeszowska aktorka z Teatru im.Wandy Siemaszkowej, która jest jedną z tych osób, za których podwózkę dałabym się pokroić.

poniedziałek, 14 listopada 2011

If I were a little girl..

Czasami nachodzi mnie ogromna ochota, żeby cofnąć się w czasie. Żeby być znowu dwulatką. Jak się zastanowić - ma to wyłącznie same plusy.

Nikogo nie brzydziłoby to, że jem sprężynki od długopisów, a czekoladę popijam wodą toaletową (która nie jest bynajmniej TĄ pachnącą wodą toaletową, ale zwykłą mieszaniną H2O z sikami). Nikt nie powiedziałby, że nie wypada mi ssać kciuka albo gryźć paznokcie u nóg. Poznawałabym świat w pełni - wszystkimi zmysłami bez oporów moralno - etycznych!

Nie musiałabym się martwić o to, czy to, co zrobiłam było słuszne. Konsekwencje byłyby dla mnie tylko słowem. Oznaczałyby wszystko i nic. Co ważniejsze, nie musiałabym ogarniać wszystkiego moim małym rozumkiem, bo i po co? Nie zmieściliby się tam przecież królowie, cesarzowie i aktualnie sławne gwiazdki. O nauczycielach już w ogóle nie wspominając.

Mogłabym robić to, co zechcę. Spać. Nawet w południe. Jeść tony słodyczy. Bawić bez ciągłego martwienia się o sprawdziany, kartkówki... To należałoby do świata dorosłych, do którego byłoby mi dalej niż do sufitu.

Ale.. po kilku latach znowu zaczęłaby się gehenna i błądzące po neuronach pytanie: "Czy wyłączyłam żelazko?"

niedziela, 13 listopada 2011

Marzenia?


"Czasami słowa nie wystarczą. Bywają sytuacje tak opłakane, że nie w sposób opisać je zwykłymi zdaniami i rozdziałami nawet w całej serii książek"
Winda Widmo Lemony Snicket





Mam niezmierną ochotę na napisanie czegoś dłuższego,
w czym zawarłabym wszystkie moje życiowe rozkminy. 
Ale jest to nieco niemożliwe. A szkoda.



sobota, 12 listopada 2011

Wanna play a game?

Post dla Julki Steckoł, Alicjii Chiłły i wszystkich, którzy wczoraj "bawili się społecznie" :)
Wczoraj byłby dniem jak każdy inny dzień - święto państwowe, podczas którego ludzie o smętnych twarzach oglądają jak zwykle szare pochody w szarej scenerii. Ktoś zaśpiewałby szaro Hymn Polski, ktoś beznamiętnie wyrecytował wałkowany po raz pięćdziesiąty pierwszy patetyczny wiersz o historii "zbruczonej krwią żołnierzy". Ktoś pewnie by zasnął, ktoś zlekceważył, a jeszcze ktoś inny wyśmiałby całą tą smutną szopkę.
Na szczęście w tym roku z tej całej, bezbarwnej, świątecznej masy przebił się świetlisty promyk. O czym mówię? Otóż, zorganizowano grę miejską "Śladami Lisa Kuli", w której oczywiście brałam udział.
Ganiali nas przeokrutnie. Z 3 maja leciałyśmy w owczym pędzie do IILO, potem Olszynki, znowu 3 maja... Zakwasy mam takie, że po wszystkim miałam ochotę walnąć się na ziemi i poruszać się ruchem amebicznym, ale przynajmniej udało nam się w dokładnie 50 minut dotrzeć do końca, z czego jestem dumna jak żuk gnojownik z kuli świeżego kału. A oprócz tego miałam cudowną ekipę, dlatego było tak fajnie :P Aha, i po mieście krążyli dziwni panowie, którzy sfilmowali mi oblicze z każdej rozentuzjazmowanej strony :D.
Czekam na więcej!

czwartek, 10 listopada 2011

Och och och

UWAGA
Oddam swoją rękę i nogę osobie, która nauczy mnie Phrasali.
Pilne.
Kontakt komentarzowy.


MJUZIK NA DZISIAJ

wtorek, 8 listopada 2011

Życie, życie jak w Madrycie i... całym świecie.

Mam. Mam! Jeden, jedyny, oryginalny pomysł na życie!
Po pierwsze - spędzę je z Adrianną Kaczmarzyk - damą mojego mózgu, która jako jedyna wykazuje podobny do mnie stopień schizofrenii.
Po drugie - przeciwstawiamy się prokreacji - będziemy szerzyć ideę heartbreakrestwa.
Nasze życie będzie grzeszną podróżą.
Zaczniemy od Etiopii, potem Hiszpania, w której Ada zatańczy tango z torreadorem w towarzystwie byka.
Holandia, Irlandia, Brazylia (z gorącymi Brazylijczykami)!
Hollywood! Zostaniemy tam gwiazdami kina!
Oczywiście wszędzie będziemy prowadzić aktywne życie towarzyskie.
"Przecież nie ma kogoś, kto ma wszystkie dobre cechy. To raz z takim co ma oczy jak ocean, raz z takim co ma super ciało, raz z takim co piękną karnacje, jeden fajny fryz, jeden bogaty, jeden mądry, jeden zabawny, jeden miły, jeden co umie gotować"
A kiedy już umrzemy na naszej samotnej wyspie, do której trafimy kiedy nasza podróż będzie się już kończyć, nasze prochy rozsypią na wszystkich kontynentach. W miejscach, w których było nam najlepiej.
Taki jest nasz wybór.
A wybieranie - to jest właśnie życie.

poniedziałek, 7 listopada 2011

O czasie

Ostatnio zauważyłam pewną dziwną zależność -

Im więcej mam czasu, tym mniej robię.

Dzisiaj na przykład miałam całe 4 godziny na zrobienie zadania domowego na angielski. Siedziałam w domu od 11, korzystając z wagarów chorobowych z powodu pewnych niestrawności żołądkowych spowodowanych rewolucjami kuchennymi z poprzedniego posta. W tym czasie zdążyłam zjeść obiad, który nawiasem mówiąc nie przyjął się najlepiej, oglądnąć nowy odcinek Scooby - Doo (:)), pobrzdąkać na gitarze, posiedzieć na fejsie.. A zadanie zrobiłam 15 minut przed lekcją. Też tak macie?

niedziela, 6 listopada 2011

Parę lekkostrawnych dziwactw

Chleb posmaruj serkiem topionym.
Posyp kanapkę zupką w proszku "żurek".
Na wierzch nałóż warstwę makaronu knorra.

Chcesz umilić sobie film czymś do chrupania?
Najlepsze ku temu będą chipsy "zielona cebulka" Lay's
maczane w "Bieluchu" lub innej paciai kanapkowej.

Masz ochotę na coś słodko-słonego?
Proszę bardzo! Krakersy cebulowe posmaruj
grubą warstwą nutelli. Idealne z mlekiem.

Smacznego i połamania brzuchów!

piątek, 4 listopada 2011

złośliwość rzeczy plastikowych

Ufff.. w końcu nastąpiło rozluźnienie po tych paru tysiącach olimpiad, kartkówek, sprawdzianów, konkursów, wyjazdów i akcji rewolucyjnych i wreszcie mam czas, żeby coś tu napisać.
A temat jak rzeka szeroka i rwąca.
Problemy.
I nie mam tu na myśli tych filozoficznych, czy nawet życiowych, ale te małe, malutkie, których prawie się nie zauważa. A są. I gdy się skumulują, uprzykrzają życie nawet bardziej od tych pierwszych. Rozkminiając dzisiejszy dzień uznałam, że moim największym problemem dzisiaj był guzik w płaszczu.
Spieszyłam się na autobus. Miałam mieć podwózkę i w ostatniej chwili dowiedziałam się, że jednak jestem zostawiona sama sobie. Leciałam, jak to ja, obwieszona torbami jak choinka. I już prawie, prawie autobus dojechał do przystanku kiedy ten cholerny guzik umyślał się oberwać! I tu w mojej rozpędzonej duszy powstał zgrzyt wewnętrzny. Autobus kontra guzik. Kto wygrał? (ding ding ding) Autobus. I w sumie chyba dobrze, że poleciałam dalej, bo nie spóźniłam się na zajęcia i nie musiałam po raz kolejny słuchać wywodu pt."ja chcę dzieci, które chcą i mają talent. W tej kolejności!", ale za guzik, a jakże, dostałam solidny opieprz. A gdybym wybrała guzik, mama zostawiłaby mnie w spokoju, ale za to na zajęciach wolałabym się nawet nie pokazywać.
Miłego weekendu i żeby żaden guzik nie zaszkodził Wam w Waszym przyszłym życiu.