niedziela, 25 grudnia 2011

Decyzja

Po przemyśleniu wszystkiego stwierdzam, że najlepiej będzie jak ja sama wybiorę coś dla siebie. Mam nadzieję, że się nie obrazicie. Szczególnie, że wszystkie Wasze pomysły były mega genialne :) I dziękuję za te wszystkie wiadomości na fejsiaku. Doprowadziły mnie do ostatecznej nazwy.

Wybrałam coś, co opisuje mnie najbardziej i ma pewną, że tak powiem, historyczną głębię. A mianowicie:





Zapraszam serdecznie na nową stronę wszystkich, którzy chcą dalej mnie czytać :P

piątek, 23 grudnia 2011

Ważny komunikat!

Uwaga! Uwaga!
W najbliższym czasie zmieni się adres tego bloga. Jest to konieczne ze względu na zmianę mojego maila. Do białej gorączki doprowadza mnie ciągłe wylogowywanie się i przełączanie profili.
Toteż ogłaszam konkurs na nową nazwę. Zwycięzcę nagrodzę .. wirtualną czekoladą z orzechami i wpisem pochwalnym! Na propozycje czekam do 26 grudnia :)

środa, 21 grudnia 2011

Liter egzekucja

ku czci Mirona Białoszewskiego



Umykam unikam
TU jestem i znikam.
                i znik
                i zni
                i z
                i
                .
        KRO - PKA
  Samotny wojownik
         na papierze.






Nie lubię Cię Mizernacicho.

wtorek, 20 grudnia 2011

Magia Świąt

Dla Karolajn, mojego wiernego czytelnika.

Zupełnie nie wiem dlaczego ludzie obwieszczający wszystkim swoją religijność, traktują wyżej wspomnianą metaforę jako gigantyczny oksymoron. I to taki pozbawiony smaku. Dla mnie "magia świąt" to określenie nadzwyczaj trafne. Przecież Boże Narodzenie to okres, w którym jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przepraszamy się, dostrzegamy potrzeby innych... Bo 'magia' to nie tylko pogańskie obrzędy, sekty i konkurencja dla Boga. To jest też atmosfera niesamowitości, która spowija zwiewną otoczką wszystkich, którzy święta obchodzą.
A propos' magii, generalnie nie rozumiem co złego jest w Harr'ym Potterze. Zwykła, niezwykle napisana seria powieści fantastycznych. Walka dobra ze złem. Siła przyjaźni. Siła ducha. Niezłomność. Same dobre przymioty. Główny bohater rzeczywiście  jest czarodziejem, ale równie dobrze mógłby być ogrodnikiem, czy sprzątaczką używającą miotełki do walki z kurzem.
W ogóle czytałam ostatnio, że z tą całą Rowling było nie do końca tak, jak jest nam powiedziane. Miała męża Argentyńczyka, który lał ją przeraźliwie. I pewnego pięknego dnia po prostu spakowała manatki i wyniosła się z domu. Z całej tej żałości zaczęła pisać szkice "Harry'ego" i w końcu powstała rozbudowana powieść. Jej eks rzucił się w wir wywiadów, bo za to, wiadomo, dostawał pieniądze. Jednego z nich udzielił brytyjskiemu szmatławcowi, który znany był z bardzo mało wiarygodnych ploteczek. I wyjawił, że jego była żona należała do sekty wyznawców szatana. I, ku zaskoczeniu samej gazety, świat to podchwycił. A Rowling się śmiała.
Wniosek? W dobrych książkach świat przedstawiony jest tylko pretekstem do opisania swoich refleksji, a nie środkiem demoralizującym wszystkich nieświadomych gimnazjalistów.

niedziela, 18 grudnia 2011

Pościczek dla Asi S.

Siedzę sobie i piszę coś na konkurs. Nie wiem co mi z tego wyjdzie. Ma być o Rzeszowie. Naskrobałam już chyba z milion początków i żaden nie natchnął mnie dalej. A ten jest chyba najbardziej.. lekki ? :)


     "Rzeszów? A tam, dziura w dziurze" stwierdził mój dziadek, skręcając swoim gruchotem w ulicę Śniadeckich. Poczułam się prawdziwie zaintrygowana. Nie słyszałam jeszcze o tym, żeby dziury mogły być jeszcze bardziej podziurawione. Przecież nawet Pan Kleks nie ujawnił ich istnienia. I nagle dowiedziałam się, że miasto będące dziurą stało od wieków w jeszcze większej dziurze, a, co najlepsze, nikt o tym nie wiedział i nie wie do tej pory! (..)"







Chyba nic jeszcze nie umiem z epoki Napoleońskiej. Jak się czyta "Austerdet"?

piątek, 16 grudnia 2011

historia.

Już. Koniec mojej innowierczej teologii.
Opowiem Wam coś pięknego.
Dzisiaj był dniem strasznym, okropnym i przeraźliwym z każdej możliwej brzydkiej jego strony, toteż na zajęcia teatralne jechałam przybita, płacząca, smarkająca i zniszczona przez życie. Otworzyłam drzwi do MDKu i zobaczyłam w progu moją Panią Reżyser. Usiadłyśmy, pogadałyśmy. Powiedziałam o tym, że piszę, że konkursy, że myślę i widzę świat zupełnie inaczej niż wcześniej. No i, że piszę na kartkach wyrywanych z zeszytu, bo nie mam gdzie pisać, a wena mnie straszna dopada, śniadań nie jem, a piszę - patologia jakaś. I wtedy Pani Reżyser wyszła z sali. Po chwili wróciła z pięknym notesikiem z Kubusiem Puchatkiem wpatrzonym w lecące po niebie motyle. "Masz Ania, to dla Ciebie. Bądź zawsze tak zdziwiona jak ten Kubuś".
Serce mi zamarło, chyba w ogóle przestało bić z wrażenia. Patrzyłam się na notes  z niedowierzaniem, a na Panią z wdzięcznością. Łzy napłynęły mi do oczu i nie wiedziałam co powiedzieć.
Po raz pierwszy w życiu, wzruszyłam się z emocji chwili i poczułam, że właśnie coś nowego zaczęło się w moim życiu, otworzyła się jakaś klapka, przejście między mną, a czymś wielkim, czymś nowym, czymś tajemniczym, co będę odkrywać w pocie czoła.
Niby to tylko mały notes, ale stał się przez te dwie sekundy środkiem całego wszechświata.




muzyka

gówno

Jan Twardowski
"Kiedy mówisz"
Aleksandrze Iwanowskiej

Nie płacz w liście
nie pisz że los ciebie kopnął
nie ma sytuacji bez wyjścia
kiedy Bóg drzwi zamyka - to otwiera okno
odetchnij popatrz
spadają z obłoków
małe wielkie nieszczęścia potrzebne do szczęścia
a od zwykłych rzeczy naucz się spokoju
i zapomnij że jesteś gdy mówisz że kochasz.
1988


To jest zupełnie na odwrót. Kiedy Bóg otwiera okno to wtedy zamyka drzwi. Wszystko po to, żeby nie można było uciec z tego całego pączkującego gówna naokoło. Bo przecież ludzie modlą się do Niego tylko wtedy, kiedy dotyka ich coś strasznego. Albo go wytykają. W każdym razie - zwracają na Niego uwagę.
A o to właśnie Bogu chodzi.

środa, 14 grudnia 2011

erotyk tyk tyk tyk

Zakochałam się w Leśmianowskim "Chrzuśniaku". Tylko dlatego, że moja klasa go dokańczała. Ale lekkie bezczeszczenie poezji nie jest aż takim strasznym zuem. Najgorsze jest jej nieczytanie.


"twoje poczułem na ustach całunki
gdy na nas patrzyły wielu zwierząt gatunki"

i moja odpowiedź:

"patrzyły patrzyły i nie uwierzyły,
że w mych ramionach tyle jest siły
by Ciebie przygarnąć do siebie, droga
i wepchnąć do buzi... gorącego pieroga.


Mówiłam już, że moja wena twórcza nie zna granic i tworzę od ręki cudowne pierdoły?

wtorek, 13 grudnia 2011

lolka

Ej, lolka.
Chyba zaczynam odczuwać straszne uzależnienie od komputera. Nie mogę się oderwać czasami i nawet jeżeli cały dzień siedzę w domu ciężko jest mi złapać chwilkę na naukę...
Wyniki testów gimnazjalnych powoli nadchodzą i zaczynam się bać matematyki. Nie mogę uwierzyć kiedy ktoś mówi "jak bardzo proste to było". Jasne, proste. Tak jak sznurki do spuszczania trumny. Albo zjeżdżalnia - prosto w dół, na łeb na szyję. Na złamanie karku.
Zgubiłam moje szczęśliwe pióro! I strasznie się z tym czuję!

poniedziałek, 12 grudnia 2011

List I (wołanie)

Wiersz naskrobany dzisiaj. Zupełnie nieczytany i niepoprawiany. Jedynie przepisany. Także wybaczcie brak dopracowania i ogólnego przemyślenia.




Boże! Budzik już dzwoni.
Patrz, co stworzyłeś palcem
u nogi. Diabeł zasłoni
ogonem i paltem,
a Ty nawet nie zobaczysz
jak bardzo istnieliśmy.
Ślad okruchów jakby mysz
albo lot nocnej ćmy,
która dąży do światłości -
mała, bezbronna i mdła.
Spójrz, bo brak Twej czujności
gorszy jest od wpływu zła.



Proszę o klikanie 'fajne'. Wtedy wiem, że mam po co otwierać laptopka.

niedziela, 11 grudnia 2011

Czas natury.

Otwiera się przede mną straszność tego świata. Bo jak można nie bać się czegoś, co ciągle obumiera i się odradza? Jest z nim jak z kobietą. Kaprysy to chyba rzecz naturalna. Chociaż dzianie się nie jest uszeregowane homologicznie, a zegar natury tyka kiedy mu się chce. A może.. może wszystko jest wielką, nic nieznaczącą bryłą, która faluje jak ameba. I każde drzewo, każdy dom, każdy stół, kartka i długopis jest jej częścią, która tylko udaje osobny byt, a tak naprawdę jest włączona w ogromną machinę przeplatającą życie ze śmiercią, łzy szczęścia z rozpaczą, dni gorsze z lepszymi, wenę z jej brakiem. Słońce wschodzi, jest i dołuje właśnie dlatego. Ono też jest tylko fragmentem całości. Niewolnikiem wyższych rzeczy.
Czym w takim razie jest Bóg?




mjuzik 


POPRAWKA ALI CH.:
BÓG JEST SZCZĘŚCIEM
a dokładniej:
kluczem do niego.

sobota, 10 grudnia 2011

NAFINK IMPORTANT

Odnoszę wrażenie, że wszyscy naokoło mnie strasznie wydorośleli. Ale nie tak fizycznie, tylko w głowie. Każdy bardziej broni swoich przekonań, więcej myśli. Chyba fuzja dorastania przechodzi w ostatnią fazę. A może... początkową? Cholera wie do czego w ogóle to prowadzi. Wiem, wiem, do dorosłości. Ale czym to tak naprawdę jest? Jak będę wtedy postrzegać świat? Co będę myśleć? Jak się zmienię? A może.. może każdy dąży do tego samego, uniwersalnego charakteru, który jest straszny w swej galopującej małpowatości i zacięciu. Ludzie tylko różnie ukrywają pewne jego aspekty, bo moralność u każdego jest inna i to ona decyduje, czy pokażemy światu nasze złe cechy. I dochodzi do tego silna wola, będąca zdolnością opanowywania emocji...
Dobra, jednak jestem posrana.


NOC NOC NOC

piątek, 9 grudnia 2011

Mury

Są różne mury.
Mur czerwony.
Mur z grafitti - sztuką murową.
Mur obskurny.
Mur gruby.

I najważniejszy z nich:

Mur emocjonalny,
który nie ulega żadnym naszym błaganiom.




O murze. Murze. Murzysz murowanym murkiem murkując murowe mury mego murowanego muru murując mur moich murownych wyobrażeń, które zazwyczaj okazują się tylko zwykłym murkiem.

czwartek, 8 grudnia 2011

. . .




Popatrz
pokazuję ci uśmiech
piękny i błyszczący
syna i córkę
co z nich wyrosło
krzesło niebieskie
numer "20"
który nie chce puścić się domu
kroplę w oceanie
na zdjęciu
utknęła przypadkiem





 posłuchaj


szlag by jasny wziął te wszystkie hormony i emocje!

środa, 7 grudnia 2011

Homo Sapiens

Cóż, jednak wyniknie z tych testów coś dobrego.
Siedziałam sobie dzisiaj na teściczku z języczka polskiego i rozkminiałam, pisząc rozprawkę. Temat był dosyć obszerny i z gatunku metaforycznych = moich ulubionych, a mianowicie - co to znaczy 'być człowiekiem'. I tak naszła mnie taka myśl...


....Homo Sapiens - myśląca małpa.

Każdy jest w środku małpowaty i lubi czasami wyżyć się na drugiej osobie, a od zwierząt odróżnia nas tylko to, że potrafimy policzyć funkcję kwadratową, rozpoznać rodzaj wydmy, zinterpretować wiersz i wymyślać coraz głupsze testy gimnazjalne.



wtorek, 6 grudnia 2011

Don't worry, be happy now!

Jakże miło jest patrzeć na te hordy gimnazjalistów, obgryzające paznokcie kolegi (swoje już zjedzone), rzygające ze stresu lub z powodów bardziej alkoholowych i kujące całe dnie i noce tylko po to, żeby wziąć do rąk kawałek zadrukowanego papieru i oddać nic nie napisawszy! Tak, ludzie, i tak zwalimy te testy. Przecież niemożliwe jest nauczenie się WSZYSTKIEGO z WSZYSTKICH PRZEDMIOTÓW. Jeżeli ktoś tak potrafi zasługuje na miano galopującego cyborga, naprawdę. Samych dat z historii jest 8 bitych stron A4 drobnym maczkiem, nie wspominając już o biologii, geografii, fizyczce i innych lowelaskach. Złóżmy się po dwa złote i kupmy sobie łopaty. Przydadzą nam się po gimnazjum do kopania rowów.
Tak więc..

  miejmy jp na testy


VAMOS NA WIXE, CHICOS!

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Dziwy

Trololololo...
Moja wena twórcza nie zna granic. Rozpływa się po kątach. Rzygam nią. Mam ją wszędzie. Gdzie nie popatrzę - zawsze ją widzę. Nawet w nieprzeniknionych oczach Pani Dyrektor każącej ubrać mi mundurek. To zakrawa już o nienormalne postrzeganie świata! Wiadomo, każdy z nas - nastolatków - jest trochę nienormalny. I chyba.. lubimy w sobie pielęgnować tą odrębność. Inny styl ubioru, inna muzyka, czy inne poglądy. I zazwyczaj (o dziwo) jesteśmy tolerancyjni. Chociaż.. można zauważyć cienką granicę, której nie rozumiem. Metale są po dobrej stronie mocy, emo już nie. Zakupoholiczki są OK, ale "plasticzków" już nikt nie rozumie. I nie chodzi o to, że się temu sprzeciwiam, bo jestem świadoma tego, że też tak robię, ale o sam fakt nietolerowania pewnych grup społecznych. Dziwi mnie to tak bardzo jak moje rzyganie tęczową weną twórczą. I fakt, że za dwa dni już są testy.

niedziela, 4 grudnia 2011

Ekstatyczna pochwała świata

Chciałam napisać tu coś ambitnego. Hm hm.. Chyba nie wyjdzie, ale spróbuję!
Tak, właśnie.. jakby tu zacząć..
Pisałam ze dwa miesiące temu o tym, że gdybym miała pomysł i umiała ubrać go w słowa, pewnie wysłałabym jakieś wiersze na konkurs.
Pomysł objawił mi się w MPK w postaci młodej kobiety z siatami w ręku i komórką przy uchu, która próbowała wszelkimi sposobami ukryć swoją telefoniczną kłótnię. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że cały autobus słyszy dokładnie każde słowo. Ta sytuacja telepała mi się po głowie przez pewien czas i w końcu powstał wiersz "Rozmowy z mikserem". Koleżanki długo mnie przekonywały, żebym coś z tym zrobiła i.. stało się. Wysłałam go na konkurs do "Victora Gimnazjalisty". Czekałam, czekałam... I nic. Już przekreśliłam to wszystko zupełnie.
I dzisiaj, siedząc przy miłej herbatce, niezwykle zajmujących wzorach z fizyczki i rozgrzanym laptopku, dostałam wiadomość... Z początku bałam się otworzyć maila. Pokonałam wewnętrznego zgona i przeczytałam:
" Podaj mi swój adres!
Dostałaś wyróznienie.
Zwrotką! I to już.
L. Janion" 
 Odpadłam. Zapadłam. Wypadłam. 
I taki z tego morał, że warto wierzyć w siebie. O, i tyle :)

czwartek, 1 grudnia 2011

Ple ple ple ple

"Dzieci "łapią" rytm życia od rodziców i ich autorytetów. Tak jak.. koty! Małe koty podświadomie, patrząc na mamę uczą się.. no na przykład... załatwiania się do kuwety" powiedziała Ania na audycji w Radiu Via.
 

No tak.. ja zawsze palnę coś głupiego, z czego potem wszyscy się śmieją, a mi jest przeraźliwie głupio :) Chociaż dzisiaj nie wyszło aż tak źle, a nawet można powiedzieć, że było całkiem fajnie, a na pewno zdołałam wykrzesić z siebie parę mądrych myśli.
Tematem przewodnim audycji były dość znane słowa Jana Pawła II "Człowiek
jest wielki nie przez to, co posiada, lecz przez to, kim jest; nie przez to, co ma, lecz przez to, czym dzieli się z innymi". Generalnie temat - rzeka, a ja w końcu mogłam spuścić moje gadulstwo ze smyczy. Ale za Chiny plastikowe nie mogę sobie przypomnieć co dokładnie mówiłam :) Następna audycja mam nadzieję już niedługo i na pewno napiszę o niej, żebyście mogli posłuchać moich rześkich rozkminek na żywo :)

Oh Lord, won't you buy me a Mercedes Benz?

środa, 30 listopada 2011

Osama Bin Dziecko

Ty posprzątasz klocki, a ja dam ci lody.
Ty uwolnisz zakładników, a ja dam ci 5 milionów.
Jeśli nie zjesz obiadu, nie przyjdzie do ciebie mikołaj.
Jeśli nie przyjdzie Pan do pracy, nie dostanie Pan wypłaty.

Najmłodsze lata życia dzieci zmieniają się często w istne szkolenia dżihadu. Szantaż to podstawowa broń wszystkich rodziców, wykorzystywana przy każdej nadarzającej się okazji. Jest, owszem, skuteczna, ale działa jak broń obusieczna - może też bardzo zaszkodzić. Rodzice zazwyczaj wiedzą o niewychowawczym aspekcie takiego działania, ale nie traktują tego poważnie. Tak jakby w ogóle psychologia jako nauka nie miała miejsca w ich światopoglądzie. Dlatego właśnie nasuwa mi się jedno z moich ulubionych, prostych, publicystycznych pytań - Dlaczego?
Dzieci mówią dużo. Niekoniecznie mądrze - liczy się ilość. A co najzabawniejsze, mimo młodego wieku mają już wyrobiony pogląd na rzeczywistość i są w stanie bronić go do upadłego. Do tej pory w mojej rodzinie krążą legendy o mojej dziecięcej upartości. Raz podobno pokłóciłam się z rodzicami o to, że 'sitko' to wyraz błędny. Uważałam bowiem, że poprawna wersja brzmi 'KOsitko'. Nikt nie był w stanie wytłumaczyć mi, że nie mam racji, a w końcu doszło do tego, że 4 letnia Ania obraziła się na cały świat i nie odzywała się do nikogo przez dwa dni. Jak widać, już wtedy cholerstwo we mnie objawiało się przeraźliwe, ale osiągnęłam swój cel i starszyzna dla świętego spokoju dała za wygraną.
Nachodzi mnie właśnie taka refleksja - rodzimy się uparci i asertywni, a potem powoli ta krnąbrność jest piłowana przez to kogo spotykamy i jak jesteśmy traktowani.
Z biegiem lat święty spokój to jedyna rzecz, której pragniemy. Przecież nie powiesz swojemu szefowi, że nie możesz zostać dłużej w pracy, bo "nie". Najbardziej objawia się to u małomównych kobiet, które kiedy zostają matkami tracą zupełnie jakąkolwiek wolę walki, bo nie mogą tak jak trajkoczące kobiety zagadać dziecko w zupełności odbierając mu zupełnie mózg i pozostawiając na tym miejscu automat do sprzątania. Dlatego uciekają się do szantażu - metody może i złej, ale skutecznej.
mjuzik

poniedziałek, 28 listopada 2011

ZŁO SŁO KŁO.

Doświadczyłam ostatnio niezwykle emocjonującego zdarzenia, które uświadomiło mi poziom mojego zepsucia.
Mam kolegę, z którym znam się właściwie od pieluch. W wieku 4 lat wiązałam z nim nawet moje przyszłe plany matrymonialne, ale zrezygnowałam w końcu z tego pomysłu. On zawsze był spokojny, opanowany i nigdy nikomu nic złego nie powiedział. Ja byłam bardzo podobna, ale potem urosły mi cycki i zaczęłam mu dogryzać. Tak po przyjacielsku, ale jednak.
Przedwczoraj podczas rozmowy naszła mnie pewna osobliwa, niedająca się odwieść myśl:
-Wiesz.. tak się zastanawiam, czy ty kiedykolwiek pomyślałeś sobie o mnie "głupia ciota"?
W tym momencie adresat wyrzucił ręce do góry, zaśmiał się przeraźliwie i wykrzyczał:
-"NAWET NIE WIESZ ILE RAZY!!"
Poczułam się uczczona i śmiech dziki mnie ogarnął. I tak w tym stanie trwam do dzisiaj :).

MJUZIK.

niedziela, 27 listopada 2011

Wpis pięćdziesiąty.

Stare czasy minęły bezpowrotnie, zostawiając nam stres i bezmyślne dążenie do zawodowych sukcesów. Dzisiaj tresura zaczyna się już w przedszkolu. Większość rodziców - przyjaciół mojej rodziny wysyła dzieci do profilowanych przedszkoli, a w wieku 4 lat zapisuje na 2 języki, zajęcia taneczne, wokalne, muzyczne... Rzeczywiście, po co delektować się słodkim dzieciństwem, siniakami, domkami na drzewie i bujaniem w obłokach, jeśli można zrobić coś w stronę przyszłej kariery zawodowej? Najlepiej już w wieku lat trzech uczyć dzieci biologii. Ułatwi im to precież obranie zawodu lekarza, którym muszą zostać bezwzględnie...
Jestem prawdziwie wdzięczna moim rodzicom, że nie wychowywali mnie na małego cyborga. To znaczy.. sama w pewnym czasie zaczęłam interesować się wieloma rzeczami na raz, ale to był mój wybór i niczego nie robiłam pod ich presją. No i tak zostało do dziś. Niestety, natłok zajęć jest równoznaczny z ogromną ilością obowiązków, a co za tym idzie - problemów, z którymi nie każdy umie sobie radzić. Ja mam jeden, moim zdaniem niezawodny, sposób. Na kartce piszemy "DOBRZE". Pod spodem, w kolumnie, umieszczamy wszystko to, co aktualnie jest do zniesienia. Obok robimy rubrykę "ŹLE", w której umieszczamy wszystkie problemy, z którymi się borykamy. I na końcu - "SALDO", czyli rozwiązanie opisanych kłopotów lub komentarz do nich. W wolnym miejscu piszemy "WNIOSEK", który powinien wyjść w miarę pozytywnie. Oto przykład takiej tabelki, którą uczyniłam dzisiaj pod wpływem złych emocji emanujących z domowej spiżarki, w której jak raz zabrakło czekolady. Kolory miały sprawić, że będzie pozytywna. No.. nie wyszło.


Wpis pięćdziesiąty! Nie sądziłam, że wytrwam. A jednak! Uszy moje słyszą anielskie pienia radości i czuję się tak, jak piętnaście brudnych prosiaczków w deszczu.

sobota, 26 listopada 2011

Sropad

Nie lubię dżemu. Ale w chwilach życiowej rozterki wiśniowy sprawdza się wyśmienicie. Tak samo "Wehikuł czasu" w kilkuletnich słuchawkach z "Bravo Girl". Albo z "13". Chyba potrzebuję takiej gazety i artykułów o goleniu pach. Mielonka intelektualna w sam raz na listopad. Straszny miesiąc, który na każdym kroku czeka, żeby podłożyć Ci swoją liściastą nogę po to, byś wpadł twarzą w oślizgłe objęcia pełzających wszędzie robali. Witamina D sama wieje z Twojego organizmu wyparta przez hordy biegających problemów i dołków wszelakich. Zrypane oceny, relacje międzyludzkie, ocena w wszechświecie, małe cycki, gruba dupa, motywacja kwiczy pod stołem i gryzie w stopy każdego, kto zechce przy nim usiąść. Ludzie chodzą smutni, ja chodzę smutna jak debil. Nie wiadomo dlaczego. No bo czym tu się martwić? No chyba nie tym, że za oknem mam istny picassowski obraz złożony tylko z barw monochromiczych! Tak, po prostu w dupie mi się poprzewracało.
October Song

piątek, 25 listopada 2011

masakroza

Cóż, mój blog staje się tak głęboki jak woda w pustej szklance.
Dlatego pozdrawiam wszystkich masochistów czytających moje grafomańskie wypociny.
Zapewniam, że nie będziecie musieli się długo męczyć.
W końcu dostrzegłam, że jestem wyjątkowym pisarskim beztalenciem, a nie tylko "wypociniarzem".


znowu nastrojowa muzyka

czwartek, 24 listopada 2011

Highway to Hell!

Mówiłam coś o powrocie do normalności? hahahaha :)

NEVER.

Jestem złem. Strasznym. Widać mi w oczach iskry płomienia piekielnego, z dupy wyrasta ogon, a na głowie powoli pojawiają się dwa różowe fallusy.
To dlatego, że posłuchałam Natana. Mama mnie prosiła, ostrzegała, błagała.. Trzeba było jej posłuchać! Nie miziałabym się teraz z Panią Pedagog i resztą. Ale cóż, skoro już kroczę tą pełną zła drogą to...
Mówi się pokajać i idzie się dalej!
A teraz ogłaszam wszem i wobec, że takimi foremkami bawić się NJEBEDE.


+ Dostałam +3 z matematyki za policzenie, że 3 razy 2 to 8. Moja głupota mnie przerasta!

wtorek, 22 listopada 2011

Takie tam takie tu

Wreszcie. Wreszcie wszystko jest na swoim miejscu!
Książki do biologii są tak samo nudne jak wcześniej, bilety MPK drogie jak pół kilo krakowskiej, kostka Rubika znowu stała się po prostu kostką, w głowie mam szalejący sarkazm, wypracowania na języku a-jakże-polskim znów nie kleją się kupy, Rafaello wala się po pokoju, w którym śmierdzi stęchlizną (przecież mieszkam pod mostem), tak samo strasznie nie chce mi się otwierać: okna, bo zimno, i książek, bo rzygam, tak samo nie chce mi się nigdzie iść/jechać, a ganiam wszędzie jak popieprzona, książki z przekonującymi opisami morderstw mają nową warstwę rzygów na sobie, jak zwykle ZNOWU mi się udaje mimo, że NIE powinno, pieniądze wypadają same z portfela i to całymi hordami, na kwejku nie ma nic odkrywczego, ja nie mam do zaoferowania niczego odkrywczego, a całymi dniami latam po szkole przebrana za pomarańczowego supermena. Jedyne wcięc co  tu zostawię to

nastrojowy mjuzik

poniedziałek, 21 listopada 2011

znowu nic.

Chciałam napisać coś oryginalnego, moje rozkminki teologiczne, ale już mnie


uprzedził

sobota, 19 listopada 2011

O dzisiejszym teatralnym "iwencie" :)

Od razu, na początku, przepraszam ludzi, którzy przyszli na 12, a spektaklu już nie było. Tak to niestety czasami jest, że zmiany w "rozkładzie jazdy" są bardziej strzeżoną tajemnicą niż święty Graal. A organizacja wszystkiego była na poziomie masakrycznym.

Ale śmiesznie było. Dlaczego?
1. Graliśmy zupełnie bez próby i ćwiczeń paszczowych.
2. Scena była wielkości większej chusteczki higienicznej
i po kilku minutach przestałam odczuwać pchnięcia łokciami.
3. Przysypiałam z powodu szkolnej Nocy Muzycznej,
którą odbywałam do godziny 8.
4. Rozwaliły mi się gacie. Zaraz przed występem.
I w końcu,
5. publiczność powyżej lat pięciu nie zwracała na nas
najmniejszej uwagi i konwersowała sobie w najlepsze.

Ach, jak ja uwielbiam hardkorowe przedsięwzięcia!

piątek, 18 listopada 2011

trolololo

Wdepnijcie jutro na 12 do 2 LO na spektakl "O żeglarzach Dżamblach", bo.. fajny jest :)

środa, 16 listopada 2011

"Każdy absurd ma także swoja logikę. "

Dobry absurd nie jest zły.
Do tego zabijającego prostotą wniosku doszłam dzisiaj nad ranem, gdy półprzysypiając, przemierzałam świat obskurnym busem. I od tamtego momentu myśl ta krąży mi gdzieś między zwojami mózgowymi. Już od bardzo dawna lubuję się w absurdzie i stanowi on dla mnie swoistego rodzaju rozrywkę. Zaryzykuję nawet stwierdzeniem, iż jest niezbędny do normalnego funkcjonowania człowieka. Porusza bowiem jego szare komórki i zmusza je do myślenia, a "narząd nieużywany ulega zanikowi", jak zwykła mawiać pewna bardzo mądra nauczycielka. Należałoby jednak zacząć od tego...
...czym absurd w ogóle jest.
Tą kwestię rozpatrywać można na dwóch płaszczyznach. Pierwsza to aspekt logiczny. Tu z pomocą przychodzi Ciocia Wikipedia, która mówi, że "Przekonanie absurdalne to każde przekonanie, które w sposób oczywisty nie jest możliwe do utrzymania". Natomiast w podejściu filozoficznym absurdalność jest fundamentem człowieczeństwa, gdyż zaliczają się do niego wszystkie specyficzne stany mentalne, takie jak trwoga czy poczucie bezcelowości.
Pośmiejmy się!
Ostatnio coraz większą sławę (zaraz obok sucharów) zyskują absurdalne dowcipy. Odznaczają się one wyjątkowo niskim poziomem komediowym, co czyni je tak głupimi, że aż śmiesznymi. Jeden czy dwa pozwolę sobie nawet przytoczyć :)
Wchodzi blondynka do windy, a tam  schody.
Wchodzi garbaty do autobusu. Potknął się, przewrócił, pobujał, pobujał i zasnął.
Gdyby kózka nie skakała, to by ślimak pokaż rogi.

I z tym optymistycznym akcentem pod klawiaturą życzę wszystkim czytającym absurdalnie miłego dnia i nocy.


Zaczynam wygrzebywać się powoli z mojego głębokiego, dwudniowego dołka. Amen.

fail

Polityka wdziera się w najmniej spodziewane zakątki naszego życia. Właściwie, jest wszędzie, gdzie są ludzie. I socjalizacja to nic innego, jak nauka ślizgania się pomiędzy nimi przy użyciu wszystkich możliwych środków. Kłamstw. Kłótni. Dyplomacji. Zatajania.
Ogarnęłam to już dawno, ale dzisiaj poznałam wszystko od kuchni, w praktyce, jako kozioł ofiarny.
Dlatego potrzebuję kogoś, kto uspokoi mój układ współczulny i po prostu mnie PRZYTULI.
uściski wirtualne też się liczą

A w autobusie...

wtorek, 15 listopada 2011

Filozoficzna papka

Ktoś mądry kiedyś powiedział, że na początku nasz umysł jest nieumeblowanym pokojem, który wypełniamy poznanymi doznaniami zmysłów. Ktoś jeszcze mądrzejszy wykazał, że charakter człowieka zmienia się diametralnie co 7 lat.
Ja zaś twierdzę, że to nie zmiana charakteru, tylko sposobu postrzegania świata - przemeblowanie pokoju już istniejącego. Zmiana pozycji, celów, określeń.


Dzisiaj nastąpiła we mnie jedna z wielu takich zmian. Otóż odkryłam, że
ZIMNO to nie tylko niedobór ciepła.
To nie rękawiczki i ciepły sweter.
Przekonałam się, że ZIMNO to brak grosza i towarzystwa przy duszy.
To listopadowy mrok, który zapada o 16.00 na przystanku na Targowej.
To czekanie na autobus, który pozwoli mi wrócić do domu i, co ważniejsze, do siebie.
To cienkie rajstopy przepuszczające wiernie każdy podmuch.
To świadomość, że nikt o tobie nie myśli, mimo, że ty myślisz o innych.
To po prostu jesienno - zimowa depresja nie mająca nic wspólnego z fizycznym odczuwaniem świata.




Spoko, jutro do domu odwozi mnie rzeszowska aktorka z Teatru im.Wandy Siemaszkowej, która jest jedną z tych osób, za których podwózkę dałabym się pokroić.

poniedziałek, 14 listopada 2011

If I were a little girl..

Czasami nachodzi mnie ogromna ochota, żeby cofnąć się w czasie. Żeby być znowu dwulatką. Jak się zastanowić - ma to wyłącznie same plusy.

Nikogo nie brzydziłoby to, że jem sprężynki od długopisów, a czekoladę popijam wodą toaletową (która nie jest bynajmniej TĄ pachnącą wodą toaletową, ale zwykłą mieszaniną H2O z sikami). Nikt nie powiedziałby, że nie wypada mi ssać kciuka albo gryźć paznokcie u nóg. Poznawałabym świat w pełni - wszystkimi zmysłami bez oporów moralno - etycznych!

Nie musiałabym się martwić o to, czy to, co zrobiłam było słuszne. Konsekwencje byłyby dla mnie tylko słowem. Oznaczałyby wszystko i nic. Co ważniejsze, nie musiałabym ogarniać wszystkiego moim małym rozumkiem, bo i po co? Nie zmieściliby się tam przecież królowie, cesarzowie i aktualnie sławne gwiazdki. O nauczycielach już w ogóle nie wspominając.

Mogłabym robić to, co zechcę. Spać. Nawet w południe. Jeść tony słodyczy. Bawić bez ciągłego martwienia się o sprawdziany, kartkówki... To należałoby do świata dorosłych, do którego byłoby mi dalej niż do sufitu.

Ale.. po kilku latach znowu zaczęłaby się gehenna i błądzące po neuronach pytanie: "Czy wyłączyłam żelazko?"

niedziela, 13 listopada 2011

Marzenia?


"Czasami słowa nie wystarczą. Bywają sytuacje tak opłakane, że nie w sposób opisać je zwykłymi zdaniami i rozdziałami nawet w całej serii książek"
Winda Widmo Lemony Snicket





Mam niezmierną ochotę na napisanie czegoś dłuższego,
w czym zawarłabym wszystkie moje życiowe rozkminy. 
Ale jest to nieco niemożliwe. A szkoda.



sobota, 12 listopada 2011

Wanna play a game?

Post dla Julki Steckoł, Alicjii Chiłły i wszystkich, którzy wczoraj "bawili się społecznie" :)
Wczoraj byłby dniem jak każdy inny dzień - święto państwowe, podczas którego ludzie o smętnych twarzach oglądają jak zwykle szare pochody w szarej scenerii. Ktoś zaśpiewałby szaro Hymn Polski, ktoś beznamiętnie wyrecytował wałkowany po raz pięćdziesiąty pierwszy patetyczny wiersz o historii "zbruczonej krwią żołnierzy". Ktoś pewnie by zasnął, ktoś zlekceważył, a jeszcze ktoś inny wyśmiałby całą tą smutną szopkę.
Na szczęście w tym roku z tej całej, bezbarwnej, świątecznej masy przebił się świetlisty promyk. O czym mówię? Otóż, zorganizowano grę miejską "Śladami Lisa Kuli", w której oczywiście brałam udział.
Ganiali nas przeokrutnie. Z 3 maja leciałyśmy w owczym pędzie do IILO, potem Olszynki, znowu 3 maja... Zakwasy mam takie, że po wszystkim miałam ochotę walnąć się na ziemi i poruszać się ruchem amebicznym, ale przynajmniej udało nam się w dokładnie 50 minut dotrzeć do końca, z czego jestem dumna jak żuk gnojownik z kuli świeżego kału. A oprócz tego miałam cudowną ekipę, dlatego było tak fajnie :P Aha, i po mieście krążyli dziwni panowie, którzy sfilmowali mi oblicze z każdej rozentuzjazmowanej strony :D.
Czekam na więcej!

czwartek, 10 listopada 2011

Och och och

UWAGA
Oddam swoją rękę i nogę osobie, która nauczy mnie Phrasali.
Pilne.
Kontakt komentarzowy.


MJUZIK NA DZISIAJ

wtorek, 8 listopada 2011

Życie, życie jak w Madrycie i... całym świecie.

Mam. Mam! Jeden, jedyny, oryginalny pomysł na życie!
Po pierwsze - spędzę je z Adrianną Kaczmarzyk - damą mojego mózgu, która jako jedyna wykazuje podobny do mnie stopień schizofrenii.
Po drugie - przeciwstawiamy się prokreacji - będziemy szerzyć ideę heartbreakrestwa.
Nasze życie będzie grzeszną podróżą.
Zaczniemy od Etiopii, potem Hiszpania, w której Ada zatańczy tango z torreadorem w towarzystwie byka.
Holandia, Irlandia, Brazylia (z gorącymi Brazylijczykami)!
Hollywood! Zostaniemy tam gwiazdami kina!
Oczywiście wszędzie będziemy prowadzić aktywne życie towarzyskie.
"Przecież nie ma kogoś, kto ma wszystkie dobre cechy. To raz z takim co ma oczy jak ocean, raz z takim co ma super ciało, raz z takim co piękną karnacje, jeden fajny fryz, jeden bogaty, jeden mądry, jeden zabawny, jeden miły, jeden co umie gotować"
A kiedy już umrzemy na naszej samotnej wyspie, do której trafimy kiedy nasza podróż będzie się już kończyć, nasze prochy rozsypią na wszystkich kontynentach. W miejscach, w których było nam najlepiej.
Taki jest nasz wybór.
A wybieranie - to jest właśnie życie.

poniedziałek, 7 listopada 2011

O czasie

Ostatnio zauważyłam pewną dziwną zależność -

Im więcej mam czasu, tym mniej robię.

Dzisiaj na przykład miałam całe 4 godziny na zrobienie zadania domowego na angielski. Siedziałam w domu od 11, korzystając z wagarów chorobowych z powodu pewnych niestrawności żołądkowych spowodowanych rewolucjami kuchennymi z poprzedniego posta. W tym czasie zdążyłam zjeść obiad, który nawiasem mówiąc nie przyjął się najlepiej, oglądnąć nowy odcinek Scooby - Doo (:)), pobrzdąkać na gitarze, posiedzieć na fejsie.. A zadanie zrobiłam 15 minut przed lekcją. Też tak macie?

niedziela, 6 listopada 2011

Parę lekkostrawnych dziwactw

Chleb posmaruj serkiem topionym.
Posyp kanapkę zupką w proszku "żurek".
Na wierzch nałóż warstwę makaronu knorra.

Chcesz umilić sobie film czymś do chrupania?
Najlepsze ku temu będą chipsy "zielona cebulka" Lay's
maczane w "Bieluchu" lub innej paciai kanapkowej.

Masz ochotę na coś słodko-słonego?
Proszę bardzo! Krakersy cebulowe posmaruj
grubą warstwą nutelli. Idealne z mlekiem.

Smacznego i połamania brzuchów!

piątek, 4 listopada 2011

złośliwość rzeczy plastikowych

Ufff.. w końcu nastąpiło rozluźnienie po tych paru tysiącach olimpiad, kartkówek, sprawdzianów, konkursów, wyjazdów i akcji rewolucyjnych i wreszcie mam czas, żeby coś tu napisać.
A temat jak rzeka szeroka i rwąca.
Problemy.
I nie mam tu na myśli tych filozoficznych, czy nawet życiowych, ale te małe, malutkie, których prawie się nie zauważa. A są. I gdy się skumulują, uprzykrzają życie nawet bardziej od tych pierwszych. Rozkminiając dzisiejszy dzień uznałam, że moim największym problemem dzisiaj był guzik w płaszczu.
Spieszyłam się na autobus. Miałam mieć podwózkę i w ostatniej chwili dowiedziałam się, że jednak jestem zostawiona sama sobie. Leciałam, jak to ja, obwieszona torbami jak choinka. I już prawie, prawie autobus dojechał do przystanku kiedy ten cholerny guzik umyślał się oberwać! I tu w mojej rozpędzonej duszy powstał zgrzyt wewnętrzny. Autobus kontra guzik. Kto wygrał? (ding ding ding) Autobus. I w sumie chyba dobrze, że poleciałam dalej, bo nie spóźniłam się na zajęcia i nie musiałam po raz kolejny słuchać wywodu pt."ja chcę dzieci, które chcą i mają talent. W tej kolejności!", ale za guzik, a jakże, dostałam solidny opieprz. A gdybym wybrała guzik, mama zostawiłaby mnie w spokoju, ale za to na zajęciach wolałabym się nawet nie pokazywać.
Miłego weekendu i żeby żaden guzik nie zaszkodził Wam w Waszym przyszłym życiu.

poniedziałek, 31 października 2011

Propozycja

Kto porzuci dla mnie swoje dotychczasowe życie, żeby w Kambodży chodzić między murzyńskimi wioskami z plecakiem wypchanym bananami i kokosami i z kapeluszem w stylu safari na głowie?




I z głową, w której pstro...

niedziela, 30 października 2011

O kociej mafii

Co jak co, ale zwierzyniec stanowi poważną grupę polityczną w moim domu. Do niedawna liczył on 4 istoty, ale po tym, jak sąsiedzi ukradli mi królika, pozostały tylko 2 koty i pies. I tak sobie żyją ze sobą. Czasem lepiej, czasem gorzej. A ja - cwana franca trochę ich podpatruję.
W oczy zawsze rzuca się
wyższość kotów nad psami.
Jeden z moich kotów pełni na dzielni funkcję lokalnego mafioza, drugi jest jego gorylem, natomiast mój pies odpowiada za dostawę towaru. Wygląda to mniej więcej tak - pies szczeka i puka w drzwi balkonowe. Domownicy rzucają się do karmienia, wsypują górę Chappy'ego, czasem nawet jakieś mięso. A on, zamiast korzystać, oddala się. Na jego miejsce przychodzą koty i obstawiają dojście do miski. Po chwili pojawiają się sąsiedzi. I wtedy następuje selekcja. Niektórzy zostają w honorach dopuszczeni do żarła, a resztę przegania goryl, rzucając się z zębami i pazurami na przybyłych. Czasami pies próbuje coś uszczknąć, wtedy dostaje porządnego liścia od kota - mafioza.

Ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości co do kociej inteligencji? Zapraszam do mnie :)
A tak do czekolady jeszcze... mjuzik

sobota, 29 października 2011

Cudowność Przypadku

Mam to szczególne szczęście, że lubię praktycznie każdy rodzaj muzyki. To znaczy, prawie każdy, jeżeli weźmiemy pod uwagę wyczyny mojego taty pod prysznicem :D. Właściwie odkąd pamiętam słuchałam wszystkiego po trochu - od piosenek turystycznych, przez ciężki metal, aż do szant i darzyłam szacunkiem każdego muzyka, szczególnie tych sztandarowych, którzy określali cechy każdego gatunku. Nie miałam jednak do nich szczęścia, bo zawsze robiłam coś głupiego, kiedy ich spotykałam.


Stare Dobre Małżeństwo
Na przykład kiedy po koncercie Starego Dobrego Małżeństwa - legendy już poezji śpiewanej,  wmaszerowałam do garderoby w celu zdobycia autografów, znalazłam się w bardzo.. zawstydzającej sytuacji. Otóż stałam dokładnie na wprost całego zespołu, który przepięknie prezentował się w slipkach koloru czarnego.


Spotkałam też pana Kupichę. Miałam z 10 lat chyba. Byłam wtedy na wakacjach u babci. Jedną z jej sąsiadek była dziewczynka w moim wieku, z którą się bawiłam. Pokazała mi filmik z próby jakiegoś zespołu i powiedziała, że wokalista to jej wujek. Wychodząc z jej domu, wpadłam na owego wujka, on powiedział coś, żeby patrzeć na ludzi, a nie pod nogi. Dopiero kiedy "Feel" stał się sławny ogarnęłam, że to TEN Kupicha i że wpadłam na TEGO Kupichę!

Teraz zapowiada się na to, że będę śpiewać przed pewnym super- sławnym zespołem szantowym - EKT Gdynia na ich koncercie w Mielcu. A oni będą sobie siedzieć i na mnie patrzeć. Na ten temat myślę tylko - ha ha ha :)

piątek, 28 października 2011

Om nom nom nom Om nom nom nom

Tematem dzisiejszej notki będzie....


Czekolada!
Kto nie zagryzał nią nigdy smutków? A jeżeli już ktoś zagryzał, to prawdopodobnie zastanawiał się, jak bardzo zaprzyjaźni się z naszymi brzuchami (to do wszystkich), zamiast wspomóc nasze cycki (to do dziewczyn) :) Otóż nadszedł czas aby odkryć tajemnicę, jaką jest

Prawda o Czekoladzie
Otóż, ogłaszam z radością, że czekolada to warzywo, a warzywa, co powszechnie wiadomo, są zdrowe! :) Idąc tym tropem, dojdziemy do wniosku, iż rodzynki w niej maczane są zdrowe dwa razy bardziej. To samo dotyczy truskawek, jabłek i wszystkiego, co zdołacie tym umoczyć!
Dodam też, że w swoim składzie czekolada fenyloetyloaminę - substancję poprawiającą humor i zwalczającą ból, która odpowiedzialna jest za tzw. euforię biegacza. Pewnie dlatego 
 'stressed' czytane wspak daje 'dessert' :)

Podsumowując, jedzcie czekoladę ludzie!

Uwaga!To nie tekst naukowy i autorka nie ponosi konsekwencji stosowania diety czekoladowej :)

Mózg Ani

Składniki:
*56 dag pokrojonych bazgrołów
*1 l szaleju
*chemia w puszce
*2 oka humanisty
*miękkie struny do klasyka
*szczypta hormonów
*składnik x

Włączyć nastrojową muzykę.
Składniki wymieszać,
odsączyć inteligencję,
wlać do słoika i zamknąć w ciemnicy,
do której nikt nie zagląda.
___________________________________________________________________________________

Rzucam kotem na odległość. Co najśmieszniejsze - nie chce się cholera odczepić.

czwartek, 27 października 2011

O sraniu

"Nie ma to jak w letniej porze wysrać się na dworze."

Jest to jeden z wielu "maksym", które powstały w Czechach w ramach nowego (hmm) nurtu filozoficznego - fekalizmu, którego nazwa wdzięcznie oddaje jego charakter. 

Podstawowe tezy fekalzimu to: 
primo -  Wszystko jest gówno warte, 
secundo - Na wszystko mogę się wysrać i 
tertio - Wszyscy mogą mi wylizać dupę. 

W czasach komunizmu prekursorem fekalizmu był Egon Bondy. 
Razem ze swoimi przyjaciółmi zaczęli w 1949 roku przepisywać swoje wiersze na maszynie, kartki spinać i dzielić się z zaufanymi. Niedługo po tym powstało podziemne, nieoficjalne pismo "Edice Sever". W swoich utworach groteskowo przedstawiali ZSRR i Stalina. Jeden z tych wierszy "Do dupy" pozwolę sobie zacytować:


"Wszystko do dupy przyjaciele
i w dzień powszedni i w niedzielę
Tylko filmowcy z Kraju Rad
zgodnie z nauką widzą świat"

Swoje wiersze Bondy nazwał "Gównem upoetyzowanym", a gdy Mariusz Szczygieł (czechofil, napisał "zrób sobie raj") przyniósł mu w prezencie fartuch kuchenny, który z przodu ma naturalnej wielkości męskie pośladki, Bondy zachwycił się i oznajmił, że będzie w nim wykładać filozofię.

Ciekawy nurt, czyż nie?

środa, 26 października 2011

O stajlach.

Wiadomo, że lekcje matematyki sprzyjają spaniu. Jest to ogólnie przyjęta prawda, chyba każdy się zgodzi. Ja również poddaję się podstawowym prawom fizyki, ale dzisiaj całą lekcję poświęciłam na rozkminianie o jelitach muzycznych i ogólnym, szeroko pojętym szołbiznesie. I tak podczas tego powolnego i żmudnego procesu powstała pewna zabijająca prostotą myśl:

Jeżeli nie wiesz o co chodzi, to chodzi o stajla!

Myślę tu głównie o rockowych/metalowych wokalistach i zespołach. No na przykład taki Ozzy Osbourne. Genialny gość, nie ma co się oszukiwać :) Kto nie lubi posłuchać czasem takiego wczesnego Ozziego? Ale czy ludzie pamiętaliby go, gdyby ubierał się jak tysiąc pięćset innych wokalistów i nie nosił swoich charakterystycznych okularków? Niestety, prawda jest okrutna, chyba każdy wie jaka.
Drugi wykonawca, którego ludzie pamiętają głównie dzięki jego wyglądowi to, oczywiście, Slash! Jego wizytówką jest czarny kapelusz i okulary (zdjęcie poniżej), w których się ostatnio zakochałam po prostu, no :)
Bo tak to niestety właśnie jest, że jeżeli chcesz, żeby się z tobą liczono, musisz się czymś wyróżniać. I nie ważne czy jest to zachowanie i ogólny sposób bycia, czy styl ubioru, czy świeży, jeszcze gorący Smartphone.
I z tymi rozkminami zostawiam Wasze pewnie już parujące umysły :)

MJUZIK

wtorek, 25 października 2011

Chwila prawdy!

OŚWIADCZENIE
Ogłaszam wszem i wobec, że ja - Anna Paliga, z budziwojskiego domu Paliga zajęłam się pisaniem wierszy i wysyłaniem ich na konkursy poetyckie. Oświadczam również, że zezwalam na wszelakie formy wyśmiewania tego co robię, wyłączając zapowietrzający śmiech, gdyż jest on zarezerwowany dla mojej drugiej osobowości, która dalej nie może uwierzyć w powyższe ogłoszenie. 
Podpisano, 
Anna Paliga
Załączniki:
1.herbata w proszku
2.wiersz pospiesznie naskrobany na rynnie
3.moje szczęśliwe pióro z wytartą już krówką.

wtorek, 18 października 2011

O wierszach

Ostatnio (wiem, może to dziwne, ale nic na to nie poradzę) zaczęłam interesować się wierszami młodzieżowych autorów. Głównie tych internetowych, ale nie tylko. Odkryłam, że w  "Victorze Gimnazjaliście" jest taki bardzo przyjemny dział, w którym publikowane są wiersze ludzi w moim wieku. To jest zawsze pierwsza przeczytana przeze mnie strona w tej gazecie.
A najciekawsze jest to, że większość młodych autorów nie zdaje sobie sprawy z tego, że to, co piszą jest naprawdę dobre. Skazują to na internetowy śmietnik. Bardzo..nieprawidłowo, że tak powiem. Sama, gdybym tylko umiała ubrać w słowa to, co chcę przekazać i gdybym miałą jakiś gotowy tekst, wysłałabym coś na jakiś konkurs bez wahania! Bo kto wie? Może będzie z tego coś więcej niż tylko ubywające w szufladzie miejsce?
Dzisiaj uczyniłam pewien eksperyment. Paru osobom pokazałam 1 wiersz i każda z nich mówiła mi, co o tym wierszu sądzi. I... cóż, nie przypuszczałam, że opinie na temat jednego tekstu mogą się tak bardzo różnić! Daje to do myślenia :)
I na koniec - zachęcam wszystkich do szukania na internecie. Jest dużo blogów na ten temat, a można znaleźć cuda! :)


mjuzik

piątek, 14 października 2011

Twoja stara hanamontana

Lubię pędzić życie radosne
Hasam, więc sobie jak źrebak na wiosnę



Życie moje się kręci i wije, bo fizyk do dupy mi wsadził trzy kije. Z plusem były, bo to kinematyka. I tak się skończyła ponura fizyka. Ogrom burd w domu przeraził mnie wielce. Wyżalić się przyszłam tutaj naprędce. Naprędce powiadam i głos mój nastrajam, bo w listopadzie "mury" patatajam. Wczoraj natomiast na apelu niesztywnym "sweet dreams" nakurwiłam w sensie pozytywnym. Słychać-wszem było gitary brzdąkanie, ciemna zaś nuta porwała swą Anię! I cóż mam powiedzieć, by skończyć to zwarcie? Przy mózgu moim jest napis "wymarcie"!

środa, 12 października 2011

A nic takiego.

Tak się tylko zastanawiam.....













..czy Pan Dyrektor mnie nie zje jak zaśpiewam mansonowskie "Sweet Dreams" na apelu..

poniedziałek, 10 października 2011

kłamstewka

Coraz więcej jest wokół mnie ludzi, którzy kłamią sobie i innym prosto w twarz. Jest to jeden z tych typów ludzi, do których się nie przyzwyczajam, a każde ich zachowanie wywołuje u mnie bladą gorączkę, dreszcze, odruch wymiotny i ogólne psychiczne osłabienie w każdej postaci. Mówię tu o konformizmie. Nie tylko religijnym, ale także charakterologicznym.
Ile razy słyszałam, że powinnam być taka jak inni! Nie śmiać się, nie błaznować, przestać dopisywać do wszystkiego podteksty... Przecież dorośli ludzie, tacy jak moi rówieśnicy już tak się nie zachowują. To wręcz karygodne! I myślałam nad tym długo. Naprawdę! I doszłam do wniosku, że nie mam ochoty zmieniać się dla innych tylko po to, żeby nie razić ich po oczach, bo to bez sensu i może mi zaszkodzić, zamiast pomóc.
A jeżeli chodzi o konformizm religijny... cóż, znam masę osób, które chodzą na religię, bo chodzą tam wszyscy. Bo boją się wyłamać. Bo boją się reakcji społeczeństwa. I dobrze, że się boją, bo by ich fanatycy zjedli.
Tyle na ten temat, jeżeli ktoś w ogóle chce znać moje zdanie.
Amen!

sobota, 8 października 2011

Chodź, popaprzę ci świat na żółto i na niebiesko!

                                      Nie ograniam ludzi, których stopień ogarnięcia jest 
równy zeru. Myślałam, że jak mówię okrągłymi słowami,
  nie używając nawet imiesłowów, żeby nie było za trudno
mnie zrozumieć to uda mi się nawiązać jakiś kontakt 
międzyneuronowy i powstała z tego układu synapsa 
pozwoli mi na przekazanie jakichś cudownie prostych 
komunikatów. Żywiłam zajebiście gorącą nadzieję,
obgryzłam paznokcie u nóg i uszu, złożyłam cały kontener
samolocików z papieru i co? I nico. 
Nico ciemne jak wnętrze dupy murzyna. 
Nico - king - kong. 
Twoja stara, NICO.  
Jaki z tego zajebiście poetycki wniosek?
                                                 
                                                 

  Cieszmy się z ogarniętymi ludźmi,

                                                   - tak szybko odchodzą





                                             

czwartek, 8 września 2011

Poetyka

Wiersz znaleziony w pewnej starej książce mojego pradziadka:

I. o Z. W.

Złote Włosy opadają mi na oczy
biedna jestem w pyszności kryształu
wytykam Cię palcami
u rąk obu i stóp obu
wszystkim co mam
przeklinam Cię
nienawidzę i katem straszę
co topór losu dźwiga
chowam się
i udaję, że Ciebie nie ma
ale Ty JESTEŚ
Miłości Okrutna
i wciąż podkładasz mi pod nogi
jaspisowy pierścionek

środa, 7 września 2011

Ufejsbukowienie

Fejsbóg
Fejsbruk
Ile wspomnień się nasuwa na te określenia jednej, jakże wspaniałej pod względem kontaktowym, strony! Czy to tylko raz używaliście jej do godzenia się ze sobą, schodzenia się, "parzenia" (użytkownik Ela Sralińska jest w związku z użytkownikiem Miś Polarny), rozstawania się? Facebook przeniknął do slangu młodzieżowego, dla niektórych stał się lepszy niż podwórko, realni przyjaciele, a nawet rodzina. Znam ludzi, którzy godzinami siedzą i patrzą się w monitor, bo a nuż przegapią jakieś powiadomienie i nie odpiszą pierwsi i nie dodadzą pierwsi tej jednej, jedynej, ich ulubionej piosenki.
A oto kilka porad jak zaistnieć na fejsbuku
Zdjęcia muszą być wymuskane niczym katalog Ikei, najlepsze są takie zrobione przez "prawdziwych fotografów". Można je wtedy dodać, uśmiechając się do siebie. Sam też musisz robić zdjęcia. Najlepiej gdzieś w lesie, ze szpanerskimi ciuchami,  żeby z satysfakcją patrzyć, jak ludzie zazdroszczą ci "takich zdjęć". Oczywiście, od razu musisz dodać kto był twoją "modelką", a kto odpowiadał za "stylizację i wizaż". Najlepiej też dodać znaczniki do tych zdjęć, żeby każdy mógł zobaczyć, że ta dziewczyna to właśnie Ela Sralińska, tak modna i obyta w towarzystwie osoba. Robienie zdjęć osobom nie będącym użytkownikami facebooka mija się z sensem. Kolejną rzeczą, o którą musisz koniecznie zadbać to twoja tablica. Co pewien czas powinieneś dodawać statusy będące swoistymi wywodami filozoficznymi na przemian z takimi, które świadczą o tym, że masz niezwykłe poczucie humoru. Wszelkie posty nie trzymające się tego schematu usuń.
Jeszcze ktoś nie daj Boże pomyśli, że jesteś sobą.

poniedziałek, 5 września 2011

Witam po latach

Co zrobić, gdy Wasz ukochany nauczyciel odchodzi, a w zamian dostajecie kata i ucieleśnienie koszmarów sennych każdego ucznia? Otóż, z przykrością informuję, że możecie tylko dać się ponieść nurtowi wydarzeń i każdą pałkę znosić z godnością, a nawet pewnym masochizmem. Możecie tylko dać wyraz swojej rozpaczy pisząc zamknięty list otwarty do Waszej poprzedniej anglicy. Tak zrobiłam i ja, gdy okazało się, że dzwonienie na policję nic tu nie da (pan nie chciał nam dać np). Naskrobałam odpowiedni tekst i parę osób z mojego "kółeczka" się pod nim podpisało. Potem tekst przepisałam na facebooku i .. stało się! Jesteście ciekawi co napisałam? Oto całość mojej mowy pożegnalnej :)


Pani Mnich!
Nasze serca krwawią w oszalałej tęsknocie, bólu i żalu! Opuściła nas Pani i teraz każda lekcja języka angielskiego naznaczona jest cierpieniem i strachem przed dosyć krępym cieniem naszego kata! W zapomnienie odeszły chwile szczęścia i płacz radości. Już nigdy nie wyszukamy końsko brzmiących słów. Nie wymyślimy już nic twórczego, a nasza klasa będzie zbyt cicha i jakaś.. pusta niczym grobowiec, my zaś zupełnie jak duchy, umarłe dla świata i jego blasku. Powoli giniemy w blond gąszczu loczków pana Marka P. znanego również jako Pan Kononowicz ("nie będzie niczego!"). Zatapiamy się morzu łez, pływamy pieskiem, łapiemy gorączkowo azot i tlen, ale... nie masz!, nie masz dla nas nadziei i ratunku! Sens straciły nasze głupawki duże i małe.
Kiedyś.. język angielski - dwa słowa łączące się w słodką całość odmienialiśmy przez wszystkie przypadki, lecz teraz, teraz już nic nie będzie takie samo! Bez Pani lekcja języka angielskiego to OBÓZ PRACY!
Ogarnięte depresją:
Konik (Ania), Ada, Ala, Asia, Karolajna i Julka

PS. gratulujemy Pani i mamy skrytą nadzieję, że to dziewczynka =)
(list napisany przez Konika trwającego w twórczej ekstazie)
 zezwalam na zaczerpnięcie pomysłów z mojej pracy :)
~Konik, ew. Ania z zielonego

sobota, 13 sierpnia 2011

Dziadki

Ostatnio zbyt wielu dziadków składa mi seksualne propozycje. Ja wiem, starsi panowie, rozumiem, przyjmuję na klatę, ale żeby aż 6 jednego dnia? Przepraszam, ale wymiękam.
Od czego się zaczęło? Płyniemy sobie w kierunku pewnego campingu. Leżę sobie, czytam gazetkę. I spostrzegam płynącą 6, 7 metrów od nas żaglówkę. Przy sterze siedzi podtatusiały pan z brzuszkiem. Zobaczywszy mnie, pan wyszczerzył swoje kilka zębów (czytaj: pokazał się z jak najlepszej strony) i krzyknął. Nagle spod pokładu wyłoniły się jeszcze trzy podtatusiałe dziadki z brzuszkiem i bez zębów. Wtedy zaczęła się część komunikacyjna. Polegało to na tym, że każdy dziadek zachwalał "swojego starego druha", że "stary, ale jary i trochę mocy jeszcze w nim jest!". Żenada. Potem w kempingu jeden pan (jeszcze z zębami, ale podstawkę do piwa miał dość rozbudowaną) oznajmił, że jeśli chcę się iść wykąpać to on musi iść ze mną, a następnie pan właściciel zaoferował się w "myciu grzbietu".Wyznał też, że jest "seksualnym gadułą" i lubi sobie tak pożartować.

Co za ludzie....

sobota, 6 sierpnia 2011

O wenie

Z pewną dumą zauważyłam, że dorobiłam się drugiej strony postów! A tak nie wierzyłam w moją motywację. Cóż, Forest Fruit Orbit Professional Mints i Neko Case zrobili swoje i wena twórcza się znalazła! Swoją drogą, coraz częściej mam z tym problem. Oczywiście, są i takie chwile, kiedy moja głowa tryska pomysłami, tekstami, tytułami artykułów, które chciałabym napisać. Nie namyślam się wtedy długo tylko opisuję wszystko szybko, po kolei, jak leci. I kiedy wydaje mi się, że zdołam dokończyć parę zaczętych kiedyś tam projektów, wszystko nagle gdzieś wsiąka, jak rozlana na dywan Coca - Cola.. I to jest w tym właśnie najstraszniejsze! Takie ocknięcie na odludziu na golasa bez zupełnie żadnego pomysłu na życie albo przynajmniej wyjście z opresji :) Do tego moja wena twórcza drwi ze mnie i kicha na wszystko, co robię by ją odzyskać. Książkę czytasz? To sobie czytaj! Muzyki słuchasz? To sobie słuchaj! Może to dlatego, że stronię od wszystkiego co jest o miłości. No, chyba, że jest ładnie ujęte, jakoś metaforycznie, ale bez zbytniego rozczulania się.

Weno! Chcesz się dalej na mnie obrażać i bzdyczyć?
 MYJ OGÓRA!

I feel alright, yeah!

Jutro wybywam dlatego nie spodziewajcie się wpisów przez kolejne 6 dni.

piątek, 5 sierpnia 2011

Dr. Oetker i spółka

Wybieramy się nad Solinę. Z tejże okazji moje aktualne miejsce zamieszkania zmieniło się w magazyn PCK. I to taki dobrze obładowany. Wszędzie po podłogach biegają rozentuzjazmowane hordy majtek, polarów i skarpetek. Krzyczą tylko: "ja pojadę, i ja też!". Moja gitara rzyga tęczą, a (również moje) szpanerskie, krótkie spodenki z jasnego dżinsu nie wiem jakim cudem znalazły się w pudle akustycznym i za Chiny plastikowe nie mogę ich wyciągnąć.
W sumie, to fajna impreza się szykuje. Sikanie w pokrzywach z komarami wbijającymi się w dupę, jedzenie od Dr. Oetkera, cumowanie obok grupy studentów, którzy o drugiej w nocy pokropieni dobrze alkoholem pływają bez kąpielówek na środku jeziora, moje nieustanne wypadanie z łódki i manewry taty ("Tym razem cię złapię! O kurde! Poczekaj! Z drugiej strony powiało! Ale do trzech razy sztuka!"). Raj na Ziemi, sielskie wakacje, nic dodać, nic ująć.


Popadłam w  simsomanię. Wczoraj się okazało, że nie kontrolując mojego męskiego sima poderwał swojego, również męskiego szefa. Skończyło się w łóżku, a ja się załamałam. Przecież NIE TAK GO WYCHOWAŁAM!

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Post na w pół harcerski

Myślę, że już mogę zdradzić co i jak z tym moim pomysłem na życie. Od września zakładam zastęp, czyli 6 - osobową grupę harcerek, dla których będę organizować zbiórki. To wielki krok naprzód i w tył zarazem. Dlazego? Żeby to uczynić muszę się bardzo rozwinąć w stronę, w której dużo mi brakuje i zrezygnować z wyższej funkcji. Z jednej strony jaram się, że to będzie coś nowego, mojego, coś, z czym mogę robić (wreszcie) co zechcę. Z drugiej... po tyłku trzepie mnie odpowiedzialność, a po twarzy zdrowy rozsądek. I nie wiem, i nie wiem, i nic nie wiem nadal. I boję się czy mi się uda. Drżę ze strachu przed rozpoczęciem roku szkolnego. Majaczę. Mój pokój tonie w planach pracy, książkach harcerskich, rozpisywanych wciąż na nowo zbiórkach.
Ale... gdybym się nie bała i nie chciała robić tego najlepiej jak umiem chyba w ogóle by mi na tym nie zależało. Chyba robiłabym to jak wszystko inne - na ostatnią chwilę, troszkę, niewinnie na odwal się. Dlatego mój strach jest moim błogosławieństwem. Ba, uważam, że
Obawy są pierwszym krokiem do doskonałości
I to nie tylko obawy harcerskie. Jakiekolwiek obawy. W czym gorszy jest strach przed pałą od troski o pieczone ciasto :) No dobra, może przesadziłam. Ale jednak coś w tym chyba jest, co nie?

niedziela, 31 lipca 2011

Kryminał

Czarne, mafijne chmury zebrały się nad moją do tej pory spokojną głową. Poczułam powiew grozy. Krew odpłynęła mi z twarzy. Życie spadło i potoczyło się pod stół. Zagrzmiało i lunął na mnie mafijny deszcz. Nie byłam zdolna do powiedzenia nawet jednego, prostego wyrazu. Zwykłe "tak" albo "nie" stanowiło największą elokwencję. Spociłam się, a głowa zaczęła mi ciążyć niczym kula u nogi. Zaczęłam wyobrażać sobie jak idę ciągnąc ją za plecami. Powiało przerażeniem i poczułam, że te ślipia nadal patrzą na mnie z wyższością. Wiedziały, że wygrały, że przytknęły mnie do muru i jeżeli nie przyjmę tej propozycji to mój filigranowy, misternie wyżłobiony  świat runie w gruzach. Dotarło do mnie, że przegrałam tę bitwę i całą wojnę. To był szantaż. Okrutny, pozbawiony skrupułów szantaż uderzający w mój najsłabszy punkt, który mój przeciwnik znał aż za dobrze."WYGRAŁAŚ!" powiedziałam "Napiszę to, a ty zrób to dla mnie"























Uwielbiam Cię, babciu! Kocham Cię najbardziej na świecie i dziękuję za te pierogi, które dostałam w zamian za tą notkę!

piątek, 29 lipca 2011

Wracam do domu i do siebie.

I wróciłam z kolonii! Cała i prawie zdrowa. Dlaczego prawie? Nie, fizycznie nic mi się nie stało. Chociaż myślałam, że, tak jak zwykle, przynajmniej piętnaście razy odwiedzę szpital. Ucierpiała moja psychika, która leży pod stołem i kwiczy z wyczerpania. Kiedy słyszę jak ktoś woła "Aniaaaaa!", włącza mi się dżihad i mam ochotę zamknąć się w łazience, owinąć głowę papierem toaletowym, śpiewając "Pieski małe dwa chciały przejść przez rzeczkę". To chyba nie jest dobrze.
Ale nie był to wyjazd bezrozkminowy. Właśnie wreszcie odświeżyłam umysł i pojawił się mój nowy pomysł na życie... Jaki? Jeszcze napiszę. Rozumiecie, nie chcę mówić wcześniej, bo zapeszę.
Na dzisiaj tyle, gdyż mój mózg wygląda teraz jak ziemniaczane puree. Ale zostawię jeszcze

poniedziałek, 18 lipca 2011

Kapuściana głowa i spółka

 Jak ja cierpię, jak ja strasznie cierpię, że w wakacje nie ma żadnych spektakli!
A tak bym sobie poszła na to, czy na tamto. Pooglądałabym sobie Panią Martę, pomyślałabym wreszcie trochę A co do myślenia to w mojej pustej łepetynce hula wakacyjny wiatr, kurz tylko neuronami pędza i zapycha instalacje.. Co z resztą widać po notkach. Przeczytałam sobie dzisiaj wczorajszy post. Istne.. okropności, że tak powiem :)
Nie ogarniam, po prostu, że jutro już jadę na kolonię. Szczególnie, że wszystkie rzeczy leżą porozrzucane na środku pokoju, w jedynej w swoim rodzaju, artystycznej kupie. Nawet nie próbuję tego ogarniać. Przynajmniej narazie. Mamo! Jeszcze tyle muszę zrobić, ogarnąć, przemyśleć przed tą kolonią, a został mi tylko niecały dzień. Odliczając czas na spanie (tak, dzisiaj wyjątkowo śpię; obiecałam sobie normalne osiem godzin) zostaje mi tylko... eh, nawet się nie dołuję.
Ah, właśnie, dzisiaj w ramach przygotowań przedkolonijnych dostałam zadanie - kupić czerwoną kapustę. Niby proste, ale jak jedzie się z taką kapustą do domu na rowerze, to już tak fajnie nie jest. Ale od początku. Kapustę kupiłam. Na moje późniejsze nieszczęście była tylko taka 3,5 kilogramowa. Wygląda prawie jak piłka lekarska. Dowlekłam ją jakoś do rowera i zaczęłam zastanawiać się jak ją dowieźć. Myślałam, dumałam i wymyśliłam, że kapustę znajdującą się w spokojnym stanie spoczynku omotam w jakąś reklamówkę, reklamówkę uczepię do tylnego bagażnika, przycisnę gumkami, a torbę, z którą się wówczas oprowadzałam przerzucę przez ramię i jakoś będzie. A raczej będzie jak będzie i nic innego nie wymyślę. Kapustę - giganta okutałam, torebkę narzuciłam i pojechałam wyglądając prawie tak ponętnie jak budziwojskie babcie popitalające na rowerkach przez zacne wsiowe drogi. Zapomniałam dodać, że uroku dodawały mi rozwalone, lateksowe rekawiczki w rozmiarze XS (na rączce roweru + nie pytajcie mnie skąd one się tam wzięły!) i słomiankowy kapelusz oczywiście. Jadę sobie, jadę, zaczęło bardzo mocno wiać i nagle jak mnie szarpnęło na prawo! Wylądowałam oczywiście na środku ulicy i ledwo co zdążyłam uciec przed przejeżdżającym TIR-em. Co się okazało? Kapusta zamiast siedzieć grzcenie na bagażniku skoczyła sobie prawie jak na bungee. Na prawą stronę roweru, oczywiście. Mój zacny wehikuł został na poboczu, a ja poleciałam szukać kapelusza. Co jak co, ale trudno znaleźć słomkowy kapelusz w zbożu. Znalazłam, wróciłam i zaczęło kropić. Pomyślałam, że w sumie jestem niedaleko domu i nawet nie zdąży mnie dobrze zmoczyć. Kiedy wróciłam do domu nie byłam mokra tyko to, co zasłoniło mi siodełko, a z pomiędzy włosów wydłubywałam sobie grudki gradu.
Jaki jest z tego wniosek? Kiedy zamierzasz kupić kapustę, weź ze sobą parasol!

niedziela, 17 lipca 2011

Okropności

 Ja na prawdę nie mam czasu! Okropnie, niemożliwie wręcz nie mam czasu! Spędzam go miło latając od jednej hurtowni do drugiej z nadzieją, że znajdę to, czego szukam mieszcząc się w podanej kwocie. Atakuję głównie apteki, więc jak spotkacie supermegarozstrzepanego, biegającego człowieka z grzywką do dupy (nie, że taką długą, w tym drugim znaczeniu :)) to macie pewność, że to ja. Aha, gotował ktoś ostatnio sok z buraków, bo akurat potrzebuję słoiczek? Ktoś się może zastanawia dlaczego nic nie napisałam przez ostatnie trzy dni (tu pozdrawiam Lucyannę, chyba jedynego człowieka czytającego to, co piszę). No, i teraz już wie. Po prostu - urządzam sobie maratonki po Rzeszowie. Przy okazji spalam więcej kilokalorii niż przy 16462918769 pompkach na jednej ręce. Ale jutro zwalniam odrobinkę, gdyż idę na Harr'ego Pottera!!! I cieszę się niezmiernie z moich małych wakacji w czasie trwania wakacji.
A muszę się nimi nacieszyć do wtorku. Dlaczego? Otóż jadę jako "osoba do pomocy" na kolonię zuchową. A to będzie hardkor, pisk i zgrzytanie zębów jak podejrzewam. W sumie fajnie, w sumie niefajnie. Ale z powodów znanych tylko mi i pewnie jakimś 10 dodatkowym osobom (taki stan rzeczy nazywa się w moim małym światku tajemnicą) chciałabym się z niej wymigać i uciec z paroma osobami i moim bezstelażowym plecakiem do Kenii, żyjąc z uprawy kukurydzy i rysowania różowych nosorożców na podręcznikach z biologii. W każdym razie, cholera, chciałabym nie jechać i w ogóle mieć zuchowy problem z głowy. Ale tak, niestety, pięknie nie jest.
Nawet mój komputer jest przeciwko mnie! To znaczy, trochę z mojej winy. Awanturował się, błagał, prosił o kabelek z bateryjką. W końcu stwierdził, że pierdzieli i zhibernował się. A jak przy tym przeraźliwie zapiszczał! Wręcz z furią! Gdyby mógł to pewnie strzeliłby mi kilka pożądnych liści.

Wracam więc do mojego smutnego, przepełnionego nadmuchanymi fallusami, życia. Pomaluję sobie paznokcie na czekoladowo, czerwono i złoto! I nikt już mi wtedy nie podskoczy!


A! Zapomniałabym! Załączam jeszcze

czwartek, 14 lipca 2011

O bajkach

A teraz pomęczcie się z moimi wprawkami dziennikarskimi (a co!)

O bajkach i bajeczkach

Justin Bieber, Rihanna, Grunson.. to tylko kilka imion z listy najpopularniejszych idoli dzisiejszej sceny rozrywkowej. Nieznanie ich jest po prostu niedopuszczalne, spycha nas na same niziny społeczeństwa. Tak samo jest z bohaterami kreskówek i filmów, na przykład sławną ostatnio Hanną Montaną, śpiewającą nastoletnią gwiazdą graną prze Miley Cyrus. Dzieci (z resztą młodzież też) z zapartym tchem oglądają jej filmy, wpadają w zabawkowy zakupoholizm i śledzą życiorys aktorki, oczywiście, który, jak się okazuje, nie jest zbyt ciekawy. Skłania to do refleksji, czy ci bohaterowie, których promuje telewizja pozytywnie wpływają na naszą latorośl i którzy z nich zasługują na uwagę?
Osobiście uważam, że jednym z najbardziej wartościowych bohaterów bajek dla dzieci jest, uwielbiany przez chłopców, Superman. Jako dziecko został wysłany ze swojej rodzimej planety - Kryptonu na Ziemię, gdzie po kilkunastu latach zaczyna walkę z przestępcami. Ma wyjątkowo łagodny charakter, jak na superbohatera. Nie można nie wspomnieć o jego miłości - Lois Lane... Ale nie można skupiać się tylko na filmach, przecież tak wiele mówi się ostatnio o kulturze czytania! Grunt w tym, żeby czytać coś konkretnego, co zbuduje w dzieciach dobry system wartości. Dlatego na wolne popołudnia (i nie tylko popołudnia) polecam dwie książki - dla dziewczynek "Ania z Zielonego Wzgórza" Lucy M. Mongomery, a dla chłopców - "Adrian Mole" Sue Townset. O pierwszej książce nie trzeba nic mówić - toż to nasza kochana, znajoma Ania! Królowa marzeń, piegowata, ruda dziewczynka z jej wszystkimi przygodami i smutkami, a nawet wątkiem miłosnym w tle. O Adrianie powiem tylko tyle, że pomoże czytelnikom płci męskiej zrozumieć ich problemy i pokaże konsekwencje pewnych czynów (ucieczka z domu, na przykład), a także rozbawi do łez.
Oprócz wskazanych przeze mnie tytułów warto szukać innych ponadczasowych, nieidealnych ideałów literatury dla dzieci i młodzieży. W końcu każdemu pasuje co innego; jak mówi sławne przysłowie "Są gusta i guściki". Kto wie? Może gdzieś na babcinym strychu czeka na Ciebie i Twoje dziecko jakaś książka, która zmieni Wasze życie?

środa, 13 lipca 2011

Okres beztwórczy

  Kurczę, no nie mam co robić dzisiaj! No dobra, poza małą wycieczką do "cezalu" o 14.....

z tej rozpaczy i braku weny twórczej od siebie ofiaruję tylko 

wtorek, 12 lipca 2011

Odchamianie

'Jeśli sądzisz, że w dobie komputerów sztuka czytania zanikła, zwłaszcza wśród dzieci, to niezawodny znak, że jesteś MUGOLEM!'


Co, jak co, ale ja najbardziej lubię odchamiać się książkowo. Nawet w wakacje. Albo szczególnie w wakacje, bo mam na to najwięcej czasu. A, że odchamianie to proces niezwykle długi i skomplikowany, to książki pochłaniam w gigantycznych ilościach, bo to przecież dobre dla mojego zdrowia psychicznego! :)

Moją pierwszą, coroczną, wakacyjną pozycją jest.. może się zdziwicie, może nie, ale jest to "Ono" Doroty Terakowskiej (mojej ulubionej pisarki, której styl UWIELBIAM). Książka nie tyle mądra, co prawdziwa. Dumam nad nią już, o mamo!, czwarty rok. Tak, przeczytałam ją po raz pierwszy w wieku 10 lat. Ludzie się dziwili, że ja coś z tego w ogóle rozumiem, a ja po prostu od zawsze mam starszą głowę od ciała i ciągnęło mnie do rzeczy poważniejszych. O czym ta książka jest? Długo by opowiadać. Jej główny wątek stanowi historia pochodzącej z biednej rodziny, 19 letniej Ewy. Na dyskotece dziewczynę zgwałcono. Potem w jej życiu pojawia się Ono i przewraca jej świat do góry nogami. Ewa chce by Ono poznało nie wyidealizowany świat, ale ten realny, z wszystkimi jego ułomnościami. W międzyczasie stara się odkryć skąd Ono pochodzi...

Druga książka to, oczywiście, "Mały Książę" Antoine De Saint-Exupery'ego. Opowiadać o nim nie będę - to przecież lektura. Właśnie, lektura.. Zazwyczaj, kiedy coś musimy, nie robimy tego z przyjemnością, czy jakąkolwiek motywacją. Dlatego pałam niechęcią do lektur wszelakich. Chyba, że czytałam to wcześniej sama i bezproblemowo dobrnęłam do końca. Z "Małym Księciem" było odwrotnie. Emocje i przemyślenia, jakie wzbudziła we mnie ta książka są wręcz nieprawdopodone. Dopadła mnie wena twórcza przekraczająca wszelakie granice rozumowania! Wręcz tryskałam fantazją i energią twórczą. I w takim stanie jestem do dziś. Uwielbiam odcinać się od świata, czytając tą książkę! Polecam ją też Wam i nie zrażajcie się do niej z powodu złej reputacji szkolnej :)

Trzecia pozycja - "Mistrz i Małgorzata" Michaiła Bułhakowa. Książka magiczna, diabelnie, piekielnie dobrze napisana. Pełna różnych i mroczniejszych, i jaśniejszych sekrecików i metafor, które z pierwszego rzutu okiem wydają się być normalnym, to znaczy - jak na taką książkę, tekstem. Nie jadłam, nie piłam nie spałam dopóki jej nie przeczytałam, taka jest wciągająca! Szczególnie polecam wersję z zaznaczoną ingerencją cenzury sowieckiej.


A co do poprzedniego posta - zaczynam ograniczać Coca Colę i coraz ciężej mi się z tego powodu żyje..

poniedziałek, 11 lipca 2011

Charakterologiczne pierdoły

Tak, więc, popieram ludzi z mocnym charakterem! Podziwiam ich i wielbię, ale czasami pewna granica zostaje cholernie przekroczona!

Tak, to jeden z tych postów, na których będę się nad sobą rozczulać, będę się na siebie wkurzać, warczeć, piszczeć, szczekać, płakać, kwakać, wić, pełzać, wulgaryzować, metaforyzować, mówić wprost i bez ogródek, walczyć zaciekle i cicho o swoje...

Od początku. Zawsze miałam silny charakter. I nie tam jakiś tylko silny. Przyciągałam ludzi jak magnes. A ci już przyciągnięci albo zajmowali wygodne miejsca w loży dla przyjaciół albo zaparcie ze mną walczyli. Oczywiście, zdarzali się też ludzie - kameleony. Rozumiecie, tacy przechodni, "zależało jak powiało". I moją najgorszą cechą było włąśnie przywiązywanie się do tych ohydnych, obślizgłych płazów. W swoim śluzowatym charakterze każdy miał coś chropowatego - pumeks na moją osobowość, a im ktoś go miał więcej, tym bardziej go ceniłam. Masochistka, ot co.
I z takim właśnie wypolerowanym charakterkiem wchodzę w dorosłość, nie ma co! Daję sobą pomiatać. Oj tam, daję! Ja nawet tego nie zauważam! Przemyka mi to gdzieś niezauważenie koło mojej świadomości. Trudno jest się potem ocknąć, a jak już do tego dojdzie to, cholera, boli.
I mnie teraz właśnie boli. 

sobota, 9 lipca 2011

Coś o uzależnieniach

Uzależnienie – nabyta silna potrzeba wykonywania jakiejś czynności lub zażywania jakiejś substancji. W praktyce określenie to ma kilka znaczeń.
W języku potocznym termin "uzależnienie" jest stosowany głównie do osób, które nadużywają narkotyków (narkomania), leków (lekomania), alkoholu (alkoholizm), czy papierosów. W szerszym kontekście może odnosić się do wielu innych zachowań, np. gier hazardowych, oglądania telewizji, internetu, czy seksu. (Ciocia Wikipedia)

Tak właśnie myślałam do dzisiejszego przedpołudnia. Tak, 14 lat tkwiłam w tej błogiej nieświadomości. Tak sobie głupia właśnie myślałam...  I co? I pstro! Przekonałam się, że nie ma tak prosto.
Co się stało? Otóż, wstałam sobie, jak zwykle. Znaczy się, godzinie dziewiątej, zero, pięć, jak na gimnazjalistę na wakacjach przystało. Oczywiście, obudziła mnie siostra, przeraźliwie drząc pyszczek. Niby czterolatek, a głośniejsza niż dwa bataliony metali w pogo. Rozespana siadam przy śniadaniowym latte, po którym zazwyczaj biegam po domu niczym korek od sylwestrowego szampana, jednym, a raczej pięcioma słowami jak z motorkiem w tyłku. Mama zazwyczaj doczepia mi wtedy odkurzacza i mopa, tak, żeby przynajmniej trochę wykorzystać mój zapał do biegania. Tak więc czekam cierpliwie, czując, jak resztki snu przysłaniają mi oczy, senne rolety zasuwają się powoli, a mój mózg przechodzi na stand by'a... Zaraz, zaraz. To powinno być w drugą stronę! Ale nie mam jak się oprzeć tej kuszącej wizji chlapnięcia sobie komarka na stole. Z resztą, co to komu przeszkadza... Zostałam obudzona po raz drugi w tym dniu, o godzinie dziesiątej, dwadzieścia cztery (godzinę znam, bo leżałam twarzą w kierunku zegarka na piekarniku).  Moja uhahana rodzinka stała w komplecie patrząc, jak przelewam się z nogi na nogę, próbując wstać. I wtedy uświadomiłam sobie powagę sytuacji - nie trzepnęło mnie, kurde bele,  po 1,5 łyżeczki kawy rozpuszczalnej! I to nie tylko nie trzepnęło, ale jeszcze najnormalniej w świecie uśpiło gdzieś między dżemem, a majonezem. Stwierdziłam, że tak dalej być nie może i zaczęłam docierać do sedna sprawy... Czy piłam kawę przez ostatnie dwa tygodnie? Piłam, ale tyle co kot napłakał, więc o uzależnieniu mowy nie ma, tak samo, jak i o jakimkolwiek trzepnięciu energetycznym. Przecież niedobra była, tam w tym hotelu w Turcji. No właśnie! Turcja! Czy spożywałam tam jakieś kopiące specyfiki? W sumie.. to tak. Coca - Colę. I to w ilościach dwa wiadra dziennie! Niczym Sherlock Holmes dotarłam do rozwiązania zagadki! Mimo, że mój anemiczny umysł nadawał się tylko i wyłącznie do słuchania "Friday" Rebecci Black. Ale, wiadomo, wszystko trzeba sprawdzić, więc przeczołgałam się do stolika i chamsko, z gwinta, na leżąco, pociągnęłam gigantyczny łyk Coli. I... świat stał się piękniejszy! Zaczęłam dostrzegać więcej kolorów, klapka blokująca mi musk opadła!

Teraz muszę wymyślić jak się z tego wyplątać. Mniejsze dawki co dzień? Napiszę jak mi idzie :)

Baj :)

Hejcześć :)

Zapraszam, zasiądźcie proszę na wolnych miejscach i zapnijcie pasy.. :)
Cóż, zawsze trudno mi zaczynać i teraz też najzwyczajniej w świecie nie wiem (na prawdę nie mam pojęcia!) co tu napisać.. Ale z doświadczenia wiem, że czasami wystarczy jedno małe słowo na rozgrzewkę, a potem już jakoś idzie. Może więc zacznę od zwykłego "hejcześć" :). O! Zapomniałam się przedstawić! :) Nazywam się Ania, mam 14 lat i aktualnie błogo wypoczywam przed 3 klasą gimnazjum. Blogowe doświadczenie, nie powiem, posiadłam, gdyż już od 4 klasy podstawówki produkuję gigantyczne ilości tekstów wszelakich na blogach o zadziwiająco różnej tematyce, które po 2 - 3 wpisach porzucałam, by po miesiącu założyć coś nowego. Taka moja natura leniwego plażowicza... Po prostu zero motywacji do internetowego recyklingu! Albo przynajmniej regularnego klepania w klawiaturę. No cóż, tak jest i tego nie zmienię. Nawet nie wiem za bardzo jak po sobie posprzątać, bo po prostu nie pamiętam tych wszystkich stron, haseł i adresów. Ktoś mógłby zauważyć, że przecież znowu zakładam nowy blog. Przyczyniam się do powstawania wielkiego internetowego wysypiska śmieci, w którym litery gniją pozostawione teoretycznie i praktycznie bez żadnej nadziei na przywrócenie do wirtualnego życia. I gniją, gniją, utleniają się ciemne smugi pikseli na ekranie. I ciemna porośnięta gęsto grzybem wirtualna papka wnika w nasze komputery i głowy, zmieniając nas powoli w chodzące maszyny bez serca krzyczące w ciemności umysłu: "Fejsbóg, FEEEJSBÓGG!!". Taka to straszna zemsta moich (i pewnie też waszych) niedoszłych, regularnie prowadzonych, pięknych blogów się dokonuje. I dlatego właśnie uznałam, że świat trzeba ratować przed mackami internetowego, oblepionego słitaśnymi komentarzami kompostu. Po to właśnie jest ten blog, na którym serdecznie Was wszystkich WITAM :)