poniedziałek, 18 lipca 2011

Kapuściana głowa i spółka

 Jak ja cierpię, jak ja strasznie cierpię, że w wakacje nie ma żadnych spektakli!
A tak bym sobie poszła na to, czy na tamto. Pooglądałabym sobie Panią Martę, pomyślałabym wreszcie trochę A co do myślenia to w mojej pustej łepetynce hula wakacyjny wiatr, kurz tylko neuronami pędza i zapycha instalacje.. Co z resztą widać po notkach. Przeczytałam sobie dzisiaj wczorajszy post. Istne.. okropności, że tak powiem :)
Nie ogarniam, po prostu, że jutro już jadę na kolonię. Szczególnie, że wszystkie rzeczy leżą porozrzucane na środku pokoju, w jedynej w swoim rodzaju, artystycznej kupie. Nawet nie próbuję tego ogarniać. Przynajmniej narazie. Mamo! Jeszcze tyle muszę zrobić, ogarnąć, przemyśleć przed tą kolonią, a został mi tylko niecały dzień. Odliczając czas na spanie (tak, dzisiaj wyjątkowo śpię; obiecałam sobie normalne osiem godzin) zostaje mi tylko... eh, nawet się nie dołuję.
Ah, właśnie, dzisiaj w ramach przygotowań przedkolonijnych dostałam zadanie - kupić czerwoną kapustę. Niby proste, ale jak jedzie się z taką kapustą do domu na rowerze, to już tak fajnie nie jest. Ale od początku. Kapustę kupiłam. Na moje późniejsze nieszczęście była tylko taka 3,5 kilogramowa. Wygląda prawie jak piłka lekarska. Dowlekłam ją jakoś do rowera i zaczęłam zastanawiać się jak ją dowieźć. Myślałam, dumałam i wymyśliłam, że kapustę znajdującą się w spokojnym stanie spoczynku omotam w jakąś reklamówkę, reklamówkę uczepię do tylnego bagażnika, przycisnę gumkami, a torbę, z którą się wówczas oprowadzałam przerzucę przez ramię i jakoś będzie. A raczej będzie jak będzie i nic innego nie wymyślę. Kapustę - giganta okutałam, torebkę narzuciłam i pojechałam wyglądając prawie tak ponętnie jak budziwojskie babcie popitalające na rowerkach przez zacne wsiowe drogi. Zapomniałam dodać, że uroku dodawały mi rozwalone, lateksowe rekawiczki w rozmiarze XS (na rączce roweru + nie pytajcie mnie skąd one się tam wzięły!) i słomiankowy kapelusz oczywiście. Jadę sobie, jadę, zaczęło bardzo mocno wiać i nagle jak mnie szarpnęło na prawo! Wylądowałam oczywiście na środku ulicy i ledwo co zdążyłam uciec przed przejeżdżającym TIR-em. Co się okazało? Kapusta zamiast siedzieć grzcenie na bagażniku skoczyła sobie prawie jak na bungee. Na prawą stronę roweru, oczywiście. Mój zacny wehikuł został na poboczu, a ja poleciałam szukać kapelusza. Co jak co, ale trudno znaleźć słomkowy kapelusz w zbożu. Znalazłam, wróciłam i zaczęło kropić. Pomyślałam, że w sumie jestem niedaleko domu i nawet nie zdąży mnie dobrze zmoczyć. Kiedy wróciłam do domu nie byłam mokra tyko to, co zasłoniło mi siodełko, a z pomiędzy włosów wydłubywałam sobie grudki gradu.
Jaki jest z tego wniosek? Kiedy zamierzasz kupić kapustę, weź ze sobą parasol!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

co myślisz na ten temat?