Uzależnienie – nabyta silna potrzeba wykonywania jakiejś czynności lub zażywania jakiejś substancji. W praktyce określenie to ma kilka znaczeń.
W języku potocznym termin "uzależnienie" jest stosowany głównie do osób, które nadużywają narkotyków (narkomania), leków (lekomania), alkoholu (alkoholizm), czy papierosów. W szerszym kontekście może odnosić się do wielu innych zachowań, np. gier hazardowych, oglądania telewizji, internetu, czy seksu. (Ciocia Wikipedia)
Tak właśnie myślałam do dzisiejszego przedpołudnia. Tak, 14 lat tkwiłam w tej błogiej nieświadomości. Tak sobie głupia właśnie myślałam... I co? I pstro! Przekonałam się, że nie ma tak prosto.
Co się stało? Otóż, wstałam sobie, jak zwykle. Znaczy się, godzinie dziewiątej, zero, pięć, jak na gimnazjalistę na wakacjach przystało. Oczywiście, obudziła mnie siostra, przeraźliwie drząc pyszczek. Niby czterolatek, a głośniejsza niż dwa bataliony metali w pogo. Rozespana siadam przy śniadaniowym latte, po którym zazwyczaj biegam po domu niczym korek od sylwestrowego szampana, jednym, a raczej pięcioma słowami jak z motorkiem w tyłku. Mama zazwyczaj doczepia mi wtedy odkurzacza i mopa, tak, żeby przynajmniej trochę wykorzystać mój zapał do biegania. Tak więc czekam cierpliwie, czując, jak resztki snu przysłaniają mi oczy, senne rolety zasuwają się powoli, a mój mózg przechodzi na stand by'a... Zaraz, zaraz. To powinno być w drugą stronę! Ale nie mam jak się oprzeć tej kuszącej wizji chlapnięcia sobie komarka na stole. Z resztą, co to komu przeszkadza... Zostałam obudzona po raz drugi w tym dniu, o godzinie dziesiątej, dwadzieścia cztery (godzinę znam, bo leżałam twarzą w kierunku zegarka na piekarniku). Moja uhahana rodzinka stała w komplecie patrząc, jak przelewam się z nogi na nogę, próbując wstać. I wtedy uświadomiłam sobie powagę sytuacji - nie trzepnęło mnie, kurde bele, po 1,5 łyżeczki kawy rozpuszczalnej! I to nie tylko nie trzepnęło, ale jeszcze najnormalniej w świecie uśpiło gdzieś między dżemem, a majonezem. Stwierdziłam, że tak dalej być nie może i zaczęłam docierać do sedna sprawy... Czy piłam kawę przez ostatnie dwa tygodnie? Piłam, ale tyle co kot napłakał, więc o uzależnieniu mowy nie ma, tak samo, jak i o jakimkolwiek trzepnięciu energetycznym. Przecież niedobra była, tam w tym hotelu w Turcji. No właśnie! Turcja! Czy spożywałam tam jakieś kopiące specyfiki? W sumie.. to tak. Coca - Colę. I to w ilościach dwa wiadra dziennie! Niczym Sherlock Holmes dotarłam do rozwiązania zagadki! Mimo, że mój anemiczny umysł nadawał się tylko i wyłącznie do słuchania "Friday" Rebecci Black. Ale, wiadomo, wszystko trzeba sprawdzić, więc przeczołgałam się do stolika i chamsko, z gwinta, na leżąco, pociągnęłam gigantyczny łyk Coli. I... świat stał się piękniejszy! Zaczęłam dostrzegać więcej kolorów, klapka blokująca mi musk opadła!
Teraz muszę wymyślić jak się z tego wyplątać. Mniejsze dawki co dzień? Napiszę jak mi idzie :)
Baj :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
co myślisz na ten temat?